środa, 2 listopada 2016

Grań Kultury drogą Pacukiewicza (VI A2)

Wybrałem się na niezmiernie trudną wspinaczkę. Nie, nie górską granią, tylko wirtualną – literaturową. Słyszałem o tej książce już wcześniej, nawet gdzieś spotkałem się z cytatami albo przywołaniami, więc nadeszła pora na samodzielne przejście drogi Pacukiewicza - linii poprowadzonej ku „transgresjom alpinizmu”. 
Droga "Granią" zaczyna się skrajnie trudnym uskokiem, którego nie sposób przejść bez sztucznych ułatwień, (nie ma czego się wstydzić – z sięganiem do słowników wyrazów obcych i terminów filozoficznych włącznie), a nawet nie obejdzie się bez pomijania co trudniejszych odcinków, ale zaraz potem, począwszy od drugiej części, teren nieco się kładzie, grań łagodnieje i przed czytelnikiem otwiera się piękny i bardzo rozległy widok na okolice i podstawy kulturowe i ontologiczne alpinizmu oraz na liczne związane z nim wątki filozoficzne, estetyczne i etyczne. Nie jestem alpinistą, ale od młodości mocno kibicuję tej dyscyplinie życia, szczególnie zaś osiągnięciom Polaków w górach najwyższych i ich wybitnym osiągnięciom na wielkich ścianach gór świata. Stojąc więc z boku, poza środowiskiem wspinaczy, czuję silną więź z ich żywiołem, na tyle silną, na ile może go pojąć ktoś spoza kręgu wtajemniczenia. 

Dlatego książka Marka Pacukiewicza tak dobrze wpisuje, albo raczej wczytuje się w przestrzeń pomiędzy miejscem kibica, a miejscem odległej akcji górskiej. Wielokrotnie, zwłaszcza po nagłaśnianych przez media wypadkach górskich, znajomi, którzy znają to moje zainteresowanie zjawiskiem alpinizmu, pytali mnie „po co to wszystko, po co oni tam idą?”. Cóż mogłem odpowiadać? Skoro ta materia nie mieści się w prozaicznej logice i wykracza daleko poza codzienny racjonalizm? Broniłem alpinizm tak, jak potrafiłem, jednak zawsze tylko z pozycji kibica, czyli osoby z zewnątrz. To nie mogło być zbyt przekonujące, wiem. Marek Pacukiewicz nie jest alpinistą, tylko badaczem zjawiska alpinizmu, jako elementu szeroko pojmowanej kultury z jej wszystkimi odcieniami i składnikami, a rzeczona książka jest stricte pracą naukową – dysertacją habilitacyjną Autora, więc siłą faktu nie jest pracą banalną ani sztucznie ułatwioną przez sprowadzenie do poziomu zwykłej literatury „do poduszki”. Wytrwały i zdeterminowany czytelnik-wspinacz, który porywa się na ową tytułową „Grań kultury” nie będzie zawiedziony, choć nikt nie mówi, że będzie mu tam łatwo. Myślę, że po lekturze książki, nawet wielu alpinistów byłoby zaskoczonych ogromem i ilością śladów, jakie ich działalność górska pozostawia wokoło, jak i w nich samych. Jak już wspomniano, o książce słyszałem wcześniej, kilka wierszy Autora też miałem okazję przeczytać, ale do lektury książki zachęciło mnie arcyinteresujące spotkanie w Teatrze Witkacy, podczas posiadów w ramach 5 Spotkań „Inspirowane górami”, gdzie miał miejsce swoisty śląski „desant” artystyczny. W foyer Teatru swoje zdjęcia wystawiał Marek Wesołowski, a w posiadach rozmawiali Marek Pacukiewicz i Aleksander Nawarecki, kuturoznawcy z UŚ, przy czym centralną postacią wydarzenia  (jednak - nie ze Śląska), była godnie reprezentująca na proscenium Teatru polski himalaizm, Kinga Baranowska, już na wstępie ogłoszona przez Nawareckiego ‘Królową Gór’. Od razu zrobiło się uroczyście, a potem było już tylko coraz ciekawiej. Kilka uwag na ten temat zamieściłem w swoim czasie na portalu Facebook. 

Na koniec, tenże profesor Nawarecki pokazał publiczności książkę Marka Pacukiewicza „Grań kultury. Transgresje alpinizmu”, dowcipnie i przekornie porównując pracę badawczą Autora ze śląskimi alpinistami, do badań antropologa nad plemionami dzikich, co bardzo rozbawiło Kingę Baranowską (wszelako – nie należącą do grupy badawczej), samego Autora i publiczność w teatrze. Jednakże żart profesora zastrzegał, że książka powstała z zachowaniem należnego szacunku i dystansu badawczego. Żartobliwy ton tej rekomendacji i cała treść i forma ‘posiadowej’ rozmowy, ostatecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po tę niezmiernie wartościową, choć niełatwą w lekturze, pozycję. No i nie zawiodłem się, mimo paru czytelniczych epizodów pójścia na skróty, kiedy to trzeba było trawersować dołem lub bokiem zbyt trudne okapy i uskoki tytułowej Grani
Uzbrojony w nowe, bardzo mocne argumenty przemawiające za głębokim sensem uprawiania alpinizmu i udowadniające jego wielowymiarową, żeby nie powiedzieć „nadprzestrzenną” strukturę i odniesienia do najważniejszych dziedzin życia i kultury, dodatkowo umocniony w poczuciu śląskości, dumny z osiągnięć i znaczenia śląskiego środowiska alpinistycznego w Złotym Okresie polskiego himalaizmu, kibicuję alpinistom dalej i chętnie odpowiem na kolejne zaczepne pytania sceptycznych znajomych….  

wtorek, 13 września 2016

Matterhorn - góra niezwykła. Część II - podróż na podwórko giganta




Matt od zachodu
Przepiękna góra, której wizerunek poznałem  z opakowania czarodziejskiej czekolady pół wieku temu, od tamtego dnia fascynuje i przyciąga niezmiennie (Część I). Mijają lata, niedostępność przepaścistych grani i nieosiągalność wierzchołka rosną dla mnie wraz z upływem czasu, ale piękno i majestat oraz burzliwa historia Matta, same w sobie są wystarczająco inspirujące, na tyle, że nawet nie myślę o podjęciu próby wejścia na wierzchołek, którąś z łatwiejszych grani. Od wielu lat, mniej więcej od Szczytu Ziemi w Rio, w roku bodajże 1990, w swojej pracy zawodowej interesuję się emisją gazów cieplarnianych, a jako energetyk czuję się wręcz zobowiązany do pracy na rzecz jej redukcji.
Ściana wschodnia i północna
Temat ostatnio stał się bardzo gorący (cóż za zbieżność przenośni z faktami), a tak się składa, że wielki, genialny fizyk John Tyndall, który w swoim laboratorium po raz pierwszy udowodnił, że nawet śladowe ilości CO2 w powietrzu pochłaniają duże ilości ciepła, podnosząc temperaturę ośrodka, czyli - atmosfery Ziemi, co później nazwano "efektem cieplarnianym" (Greenhouse Effect) otóż - ten właśnie John Tyndall był wybitnym alpinistą w czasach wielkich inicjacji w Alpach Pennińskich. Na swoich profesorskich wakacjach spędzał czas w surowych,
nieznanych i niedostępnych w owych czasach górach, gdzie nie było szlaków, wytyczonych dróg wspinaczkowych, ba - nie było nawet pierwszych wejść, a Matterhorn był wówczas oficjalnie uważany za górę niemożliwą do zdobycia. Była to połowa XIX wieku, a więc całkiem niedawno (wszak mój dziadek urodził się w 1878 roku), a wszystko wyglądało aż tak odmiennie od tego, co widzimy dziś. Mimo to, śmiałkowie podejmowali próby wejścia na tę wyzywająco piękną górę, z różnych stron. Jednym z nich był odważny i już doświadczony we wspinaniu mikstowym John Tyndall. Prawie równolegle z próbami Edwarda Whympera - pierwszego zdobywcy Matta granią Hoernli - Tyndall podejmował swoje próby od strony południowej, podchodząc równie naturalną drogą, czyli granią Lion. Nigdy nie dotarł na wierzchołek, ale wyposażony w niemiłosiernie ciężkie konopne liny i żelazne haki, dotarł do pierwszej wybitnej kulminacji
Szczyt (W)
grani Lion, do punktu który dzisiaj nazywa się Pic Tyndall. Jak wiadomo, od tego miejsca kończą się żarty, a zaczynają schody, kopuła szczytowa od dzisiejszej włoskiej strony jest bardzo wymagająca.
Droga Whympera od północnego wschodu okazała się bardziej osiągalna i ostatecznie szczyt zdobyto 150 lat temu, ale za ogromną cenę - z pięciu zdobywców z zespołu Whympera, trzech zginęło w zejściu, wśród nich - szwajcarski przewodnik, wskutek fatalnego błędu asekuracyjnego, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Niewykluczone, że zespół zdobywców pod wodzą Whympera postawił się w tak niezrozumiałej sytuacji, wskutek niedotlenienia, co po wielu godzinach morderczej akcji na prawie 4,5 tys. m n.p.m. jest całkiem możliwe, więc w efekcie błędnej oceny sytuacji i własnych możliwości, wspinacze popełnili niedopuszczalny i tragiczny w skutkach błąd, puszczając przewodnika przodem, w zespole trzech osób związanych liną w systemie asekuracji lotnej, zamiast kazać się asekurować na sztywno, od góry. W tamtych czasach prawie nic nie wiedziano o roli aklimatyzacji i o fatalnym wpływie jej braku na sprawność umysłową i zdolność oceny sytuacji. Idący przodem, czyli najniżej, przewodnik potknął się gdzieś ponad Ramieniem i cały zespół runął w półtorakilometrową przepaść.
Schronisko i uskok grani Hoernli (Pn-W)
 Whymper wraz z partnerem z trudem dotarli granią Hoernli na dół i zdobywca do końca życia zmagał się z zarzutami ze strony postronnych "znawców" i samozwańczych sędziów, którzy znali całą tę historię tylko z plotek i opowiadań, a górę z rysunków i nielicznych zdjęć.
Grań Z'Mutt (Z)
John Tyndall ukończył swoją eksplorację na otwarciu drogi przez Col del Leone i Cresta del Leone (Liongrat) i chociaż utknął na dzisiejszym Pic Tyndall, po czym musiał zawrócić, to jego ideę dokończono w następnym sezonie, otwierając tym samym drogę włoską. Warto wspomnieć, że Tyndall był pierwszym zdobywcą Weisshornu, czterotysięcznika położonego nieopodal Matta. I tu zaczyna się nowy wątek: Weisshorn, jak sama nazwa wskazuje, był pokryty wiecznymi śniegami i po prostu - biały. Trudna, eksponowana, piękna góra. Ówczesny Matterhorn również skuty był lodem i pokryty wiecznym śniegiem, tak bardzo charakterystycznym dla Alp i ich pięknych krajobrazów. Niestety, obecnie - w efekcie globalnego ocieplenia, które Tyndall przewidział ponad 150 lat temu - krajobraz Alp, jak i wizerunek samego Matterhornu, ulegają nieodwracalnym
Morenowe okolice Matta
zmianom. W niektórych miejscach zanik lodowców jest bardzo wolny i słabiej zauważalny, ale są miejsca, również w rejonie Matta, gdzie efekt ocieplenia jest bardzo wyraźny. Pisałem o tym w poprzednim odcinku i w kilku innych tekstach na tym blogu, na portalach górskich i na Facebooku, więc nie chce się powtarzać, przypomnę tylko, że obecnie Matt jest wyposażony w system czujników, wpuszczonych w głąb góry, dla rejestrowania temperatury wewnątrz skalno-lodowego rdzenia masywu i dla rejestrowania reakcji sejsmicznych, nawet
Taeschhorn i Dom - bez lodowców...
mikroskopijnych. Cały teren wokół tej niezwykłej góry jest ostatnio bardzo aktywny, ślady licznych obrywów lodowcowych i skalnych są niezliczone, sam byłem świadkiem kilku obrywów lodowców po zachodniej stronie masywu, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pobytu w tym miejscu. Huk spadających fragmentów lodowców i skał po upalnym dniu, co kilka godzin przecinał ciszę zachodniego sanktuarium giganta, przypominając o tym, co człowiek robi ze swoją planetą. A przecież w skali globu, jest to tylko drobniuteńki symptom gigantycznego zjawiska ocieplenia. Niezwykle irytujące jest to, że ciągle są ludzie zaprzeczający istnieniu tego zjawiska, albo podający, jako dominujące, przyczyny ocieplenia inne, niż
Świeżutki obryw w górnej partii lodowca Z'Mutt
kumulacja gazów cieplarnianych w atmosferze. Z pewnością, lokalnie - na przykład na Grenlandii, nie bez znaczenia jest ciepło geotermalne, ale tam zanikają lodowce na poziomie morza, a tu - ponad bajecznym Zermatt - topnieją, parują i sublimują gigantyczne masy lodu trzy, cztery kilometry nad poziomem morza i to w stopniu zastraszającym. To samo dotyczy całych Alp, znikają ogromne połacie lodowców, a archeolodzy co rusz znajdują pozostałości i artefakty, które przetrwały pod wiecznym lodem, znacznie ponad pięć tysięcy lat. To zjawisko pokazuje wyraźnie, jak szybko następuje obecna zmiana klimatu i jest aż nadto dobitnym dowodem na to, że nie mamy do czynienia z procesem naturalnym. W naturze, nie licząc impaktowych kataklizmów, nic nie dzieje się tak szybko, jeśli chodzi o zmiany klimatu. Wszystkie dotychczasowe naturalne ocieplenia i ochłodzenia zachodziły setki, jeśli nie tysiące razy wolniej, niż obecne. Ponieważ na Ziemi nic ostatnio nie wybuchło ani nie walnęło odczuwalnie w skali globu, żaden superwulkan ani meteor, ani nawet kometa, więc nie ma innego uzasadnienia dla tak radykalnego przyspieszenia ocieplania klimatu, że dosłownie na naszych oczach znikają z powierzchni Ziemi miliardy ton lodu, co wymaga niewiarygodnie wielkich ilości ciepła, a przecież Słońce jest wyjątkowo mało aktywne od parunastu lat. Co zatem roztapia alpejski lód? Dlaczego pozostające w górach lodowce - niegdysiejsze połyskujące światłem brylanty Alp - widziane z pewnej odległości dzisiaj, mają odcień barwy roztopowego śniegu w marcu w moim ogródku w Polsce? Dlaczego alpejski śnieg na 4 tys. m n.p.m., konsystencją i odcieniem przypomina chodnik zimą w Katowicach, po posypaniu go solą? Smutne wrażenie robią Alpy - czarne, bezśnieżne, bardziej przypominające Mięguszowiecki latem, niż to, co pamiętam ze zdjęć alpejskich olbrzymów, oglądanych w dzieciństwie, a nawet jeszcze 15-20 lat temu, na żywo.
Droga Mleczna nad Matterhornem
Wróćmy jednak do Matterhornu - góry niezwykłej. Postanowiłem w tym roku odwiedzić podwórko giganta - rejon jego zachodniej ściany. To właśnie tam widać całą jego potęgę. Rejon najmniej popularny wśród turystów, gdyż dość odległy i trochę trudno dostępny, jeszcze niedawno wymagający kondycyjnie i technicznie, nawet na poziomie spacerowo-turystycznym. Co prawda są tam schroniska CAS, ale trzeba się trochę wysilić, żeby do nich dotrzeć. No i właśnie teraz, po wielu latach od mojej pierwszej wizyty w rejonie Zermatt, przyszła kolej na
 zaplecze Matterhornu, z ambitnym zamiarem przekroczenia odnogi zanikającego lodowca Z'Mutt i przetrawersowania skalnym terenem jak najdalej na zachód, żeby zrobić fajne, frontalne zdjęcia ściany zachodniej. Na najświeższych zdjęciach satelitarnych wszystko wyglądało całkiem przyzwoicie, wyruszyłem w drogę pełen optymizmu, z gotowym planem fotograficznym w głowie. Co tam - myślę sobie - przekroczenie kilkudziesięciu metrów w poprzek lodowczyka, całkowicie zasypanego skalnym rumoszem (debris) to będzie pikuś, a spod stoku, albo nawet z grani jakiejś skalnej grzędy po drugiej stronie, będę miał świetny wgląd w kocioł Tiefmattengletscher i na cały obszar zachodniej ściany Matta. Jednak rzeczywistość bardzo mocno mnie otrzeźwiła. Pierwotny zamiar przetrawersowania z moreny  poprzez lodowczyk, ku podstawie grzędy skalnej naprzeciwko, okazał się niewykonalny w pojedynkę i to z dwóch powodów. Po pierwsze, morena jest sypka i bardzo niestabilna, ma konsystencję świeżego żwirowiska i nawet chodzenie po jej górnej krawędzi jest niepewne, gdyż ścieżka tamtędy wiodąca co kilkadziesiąt metrów znika, przerwana świeżym obrywem i trzeba trawersować niżej. Wyraźnie widać to na ostatnim zdjęciu.
Odnoga lodowca Z'Mutt, którą chciałem przejść w poprzek
Po drugie, sam lodowczyk, dokumentnie zasypany kamieniami (debris) jest spękany i zdradliwy, nikt nie wie, co jest pod butami, co kawałek spod kamieni i lodu widać jeziorka o nieznanej głębokości. Ten stan rzeczy obrazuje zdjęcie po prawej stronie. Musiałem zatem zaniechać ambitnego zamiaru podejścia dalej na zachód (czyli na prawo, na zdjęciu po lewej) i zadowolić się stanowiskiem fotograficznym na morenie bocznej, w miejscu, do którego można było dojść solo, bez naruszania elementarnych zasad zdrowego rozsądku.
Szczeliny i rozpadliny z jeziorkami na odnodze lodowca Z'Mutt
W ten oto sposób dotarłem do wymarzonego miejsca, z którego widać zachodnią ścianę Matterhornu, aczkolwiek - pod pewnym kątem, nie na wprost. Bez sprzętu i sam, więc pójść dalej raczej się nie dało. Jestem pod wrażeniem potęgi tej góry. O ile powszechnie znane niezliczone zdjęcia od strony północno-wschodniej w szczególny sposób podkreślają szlachetne piękno Matterhornu, o tyle jego zachodnie otoczenie jest demonstracją potęgi i bardziej surowego piękna tej ogromnej góry. Stojący tuż obok czterotysięcznik Dent d'Herens i pozostałe szczyty grani okalającej zachodni kocioł za Matterhornem, podkreślają jego niezwykłość, formując swoisty orszak tego niezaprzeczalnego króla szwajcarskich Alp.
A może nawet i całych Alp w ogóle.....




Proza życia:
Pierwotny zamysł zdjęciowy, powzięty na podstawie "płaskich" zdjęć satelitarnych: 1 - schronisko Schoenbil, 2 - ostroga grani Z'Mutt, 3 - resztki dolnej części lodowca Z'Mutt, 4 - upatrzone stanowisko fotograficzne, małe kropki - zamierzana trasa, czarne kropki - odcinek, który w realu okazał się nie do przejścia solo, z uwagi na zły stan lodowczyka... Na tym ujęciu już widać, że może być ciężko, niestety w realu okazało się to w ogóle "impossible", jak uznaliśmy ze spotkanym w schronisku alpinistą Gustavem. Ten jeden krótki odcinek, a właściwie, to środkowa czarna kropka. Mimo wszystko jakoś się dało popstrykać po zmianie opcji i zdjęcia zachodniej ściany wzbogaciły moją kolekcję :) Nowej lokalizacji stanowiska foto, na tym zdjęciu nie widać
 Ten tekst jest kontynuacją: matterhorn gora niezwyka
(C) Michał Pyka
Wszystkie zdjęcia wykonano we wrześniu 2016 r.

               

czwartek, 11 sierpnia 2016

Kiedyś.... (3)

To jest bardzo krótki szlak, zaledwie około 45 minut przewodnikowo. Odkąd odkryłem go dla siebie, chyba w 1977 roku, od razu stał się moim ulubionym zakątkiem w Beskidach. Na swej niepozornej rozciągłości, mieści wszystko, co lubię w tych górach. Piękne widoki, pachnące romantyzmem przedzieranie się przez kosówkę, spacer po skalnych stopniach, wrzosy, przekorna czerwień kiści jarzębiny pośród wszystkich odcieni zieleni wokoło, obfitość odurzającej swoją wonią wszędobylskiej sosnowej krzewiny, a w nagrodę, wyżej, niepowtarzalne spojrzenie na majestat Babiej Góry. Chyba nigdy nie przeszedłem go w przewodnikowym czasie. Nie da się.

Co krok albo dwa, trzeba się zatrzymać i kontemplować kolejną odsłonę otoczenia, sąsiednich gór i dolin.
Co kilka metrów - nieco inna perspektywa, coraz szersze i bardziej urozmaicone panoramy, z każdym krokiem - piękniej. Z tunelu kosodrzewiny poprzerastanej niewysokimi świerkami, skąd widać tylko kawałek nieba, stromą ścieżkę przed oczami i najbliższe rośliny, powoli wychodzi się na coraz bardziej otwartą przestrzeń, w scenerię z każdym kolejnym krokiem bogatszą we wrażenia i jaśniejszą. Od pewnego miejsca, pomiędzy poszarpanymi wiatrem i przerzedzonymi przez śnieg i mrozy gałęziami ostatnich na tej wysokości świerków, ponad zielonym i gęstym
 iglastym dywanem, zaczyna pojawiać się wyniosły masyw Babiej Góry. Od tej chwili będzie nam towarzyszyć aż do końca spaceru, aż na wierzchołek Pilska, coraz wydatniej podkreślając swoje panowanie nad Beskidami.
Niepostrzeżenie, kawałek wyżej, zdobywcza sosna górska nagle ustępuje trochę miejsca głazom, skalnym płytom i wrzosowisku. To jest dziwne miejsce. Piękne, ale naznaczone smutkiem wtulonej w ciemnozielone drzewiny, mogiły młodziutkiego żołnierza, który na tym odrealnionym skrawku ziemi poległ na samym początku wojny. Smutne, tutaj jakby dysonansowe echo, cichnąc
wybrzmiewające z odległej przeszłości i refleksja o surrealizmie ludzkich losów, rodząca pytania: jak to się mogło stać? tu? kto? skąd? dlaczego? po co to wszystko wtedy było? i jeszcze przez tyle lat potem?
Znów odwracamy wzrok w kierunku Babiej. Jej dumna i niepokojąca sylwetka wraz z Małą Babią i niepozorną z tej perspektywy Mędralową, zupełnie dominują nad wschodnim horyzontem. W dolinie opodal powoli pojawia się zarys odległych gór, skąd już za chwilę wyłonią się Tatry, jak tylko chmury się rozstąpią i jak podejdziemy jeszcze kawałek. Wrzosowiska pobędą z nami jeszcze trochę, ale wkrótce potem magicznym korytarzem pośród zwartych iglastych ścian, dobrniemy dalej, wznosząc się powoli coraz wyżej, w kierunku rozleglej kulminacji Pilska.

Ociosy iglastego kuluaru są tutaj wysokie, wyższe od nas - gości z dolin, odwiedzających to miejsce, ale im dalej kluczymy wśród ich ciemnozielonej gęstwiny i podchodzimy wyżej, tak nad wschodnim horyzontem ukazują się szczyty Tatr, Morze Orawskie, a z drugiej strony -  pasma Wielkiej Raczy, Rycerzowej i cały bajeczny beskidzki górski światek Słowacji. Wzrok sięga nawet do dalekich gór Czech. Właściwie, to mój ulubiony zakątek tutaj się kończy, gdyż docieramy do czarnego szlaku, skąd już tylko kawałek na polski wierzchołek. A tam - to już zaczyna się trochę inna historia. Jak dla mnie - niesłyszalna muzyka góry zmienia tonację.

P.S.: Zapraszam do lektury posta: Kopernik, Tyndall, lodowce i Matterhorn




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kiedyś.... (2)

Basi, za czarowne zdjęcia na naszej wystawie.


Jest jakaś bardzo daleka analogia między wapiennymi zerwami Czerwonych Wierchów po zachodniej stronie Liliowego i granitowymi krzesanymi ścianami Świnicy i Niebieskiej Grani, po stronie wchodniej, a wyniesionym tytanicznymi siłami dnem praoceanu, zwieńczonym Everestem i wykrystalizowanymi w tektonicznym tyglu, a wreszcie z granitowymi i gnejsowymi formacjami wokół Baltoro i K2, na drugim końcu tamtego niezwykłego miejsca na Ziemi. Bo niby cóż wspólnego mogą mieć azjatyckie giganty z „najniższymi z wysokich gór świata”? Owszem, mogą. Niebo, pod którym stoją i na którego tle prezentują swoją okazałość, każde z nich w swojej własnej skali. Skyline. I powietrze które orzeźwiają chłodem swoich skał i lodu. I gwiazdy, ku którym kierują nasz wzrok, każdemu według wyobraźni. I Słońce, którego coraz bardziej więzione w ziemskim środowisku ciepło ma też narastający wpływ na to, co się w nich dzieje. Zwłaszcza w tych górach naprawdę najwyższych. Tam, gdzie rozzuchwalony prąd strumieniowy wypędza z gór najlepszych i najwytrwalszych himalaistów. Tam, gdzie zanikające lodowce przemieniają się w mordercze lawiny i w siatkę podstępnych i coraz większych szczelin, a odsłonięte spod lodu, spękane pod wiekowym uciskiem skały lecą w dół. Tam, gdzie uwalniana spod ciężaru lodu skorupa ziemska zaczyna drżeć, wysyłając zabójcze sygnały ku groźniejszym uskokom, biegnącym niżej, pod dolinami, a więc głęboko pod sadybami ludzi.


Jest we mnie jakaś dziwna, nieodparta i przekorna pokusa, żeby internetowo zderzyć swoje stare, wyblakłe i zakurzone tatrzańskie przeźrocza, z supernowoczesnymi zdjęciami z nasłonecznionych megaścian Karakorum i Himalajów, z tymi nowymi zdjęciami robionymi przez wielkich skalnych wojowników, czy to z ręki, czy z dronów lub innych gadżetów. To jest taka forma przekory fotoamatora starej daty, wielbiciela polskich gór, podziwiającego – owszem - dokonania wysokogórskich wyczynowców i widoki, które nie każdemu są dostępne, w kontrapunkcie do powoli zadeptywanej finezji Tatr. Ilekroć oglądam w internecie kolejne, coraz bardziej niewiarygodne zdjęcia z gór, których nigdy nie widziałem i nie zobaczę, a przyznaję, że niektóre dzieła fotografii są genialne, tym bardziej ciągnie z powrotem na Liliowe, na Kozi Wierch, czy nad Staw Smreczyński, do skałek Jury, a nawet na Pilsko, Babią, czy na Stożek w Beskidach, choćby po to, żeby przekonać się, że okruchy serca które tam zostawiłem
 przed dekadami, nadal tam są. Żeby teraźniejsza łatwość obcowania z obrazami z innych stron świata nie wyrwała nas z korzeniami z tych miejsc, którym aż tak wiele zawdzięczamy - całe nasze pokolenie, ale również i dzisiejsze młode pokolenie.

Z Przełęczy Liliowe jawi się taka geo-subminatura, zwierciadlane mikroodbicie tamtego dalekiego zderzenia potężnego łańcucha Himalajów i Kakakorum. Nawet życie roślinne w Tatrach układa się trochę podobnie. Skalista pustynia Tatr Wysokich w odrożnieniu od śmielej sobie poczynającej roślinności w łańcuchu zachodnim, gdzie jest więcej życia i gdzie sięga ono wyżej, chociaż wydawałoby się, że wcale nie jest mu tam o wiele łatwiej. Nie chodzi mi zupełnie o wnikliwe analizy geologiczne, czy botaniczne, bo to nie moja bajka. To tylko zwykłe spostrzeżenie starego turysty.


Nam to na razie nie grozi. Ostatnie reliktowe lodowczyki Tatr, jak choćby ten w Bańdziochu, czy pod Bulą, też kiedyś znikną na zawsze, ale nic się z tym nie będzie wiązać. Poza nieznaczną zmianą krajobrazu.
No i te zupełnie różne góry mają jeszcze jedno wspólne – coraz bardziej niepokorną i nieprzewidywalną pogodę. Każdy z tych łańcuchów górskich - w swojej skali. W Tatrach od nagłej niepogody można zmoknąć i się przeziębić, jak ktoś chce – to mocno. Można też oberwać piorunem, pobłądzić, potknąć się albo spaść z lawiną, ale to już trzeba bardzo chcieć i za nic nie słuchać nikogo mądrzejszego. Za to tam, dużo wyżej, gdzie wszystko, co w ruchu, jest nieskończenie bardziej dynamiczne, te same zawirowania pogody mogą zrobić o wiele więcej. Aż do ostateczności. Czy to jest podobieństwo? Owszem, w swojej skali. Proporcjonalne. W takiej samej skali, jaka określa skalę wędrówek po tych dwóch, pod każdym względem odległych światach. Przechodząc Liliowe z zachodu na wschód albo ze wschodu na zachód, zmieniamy scenerię, zmieniamy klimat i doznania. Wchodzimy do innej przestrzeni, udekorowanej innymi skałami i wypełnionej różnymi zapachami powietrza. A jesienią – malowanej barwami o podobnych odcieniach, ale o różnej intensywności. Idziemu ku skałom, lub ku krzewom, prawie że nie zmieniając wysokości. Niepostrzeżenie schodzimy z traw na kamienie, albo odwrotnie. Zmieniamy didaskalia i kontakt z górą. Zawsze tak było. Zawsze był wybór: czy najpierw Stara Robota, czy Kozi? Kominiarski, czy Granaty? Wąwóz Kraków, czy Pusta Dolinka? Ornak, czy Murowaniec? Który świat zwiedzamy w tym sezonie najpierw? Dobrze, ze Tatry dawały i nadal dają taki wybór. 

wtorek, 12 lipca 2016

Kiedyś.... (5)

(...)Cyfra wyróżnia i zabija przeżywanie jedności. Osamotniony szukałem pociechy w swojej korzystnej miarce, no i proszę, trafiło się imponujące cztery. (...) Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. (...) Oto krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem.
Oj, Pitełe, oj ślepe, cyfra jest rydwanem szczurów.”
Wojciech Kurtyka - „Chiński Maharadża



Za młodu, czyli pod koniec studiów, nie traktowałem grawitacji zbyt poważnie. Jak można serio myśleć o zjawisku, które nawet nie ma przyzwoitej teorii, nie jest skwantowane i do dzisiaj nikt nie wie skąd się właściwie bierze i jakim cudem działa. Niestety, dla początkującego amatora przygód ze skałą, ten fizykalny sceptycyzm dawał niekiedy bolesne konsekwencje. Kto by się jednak wtedy nad tym zastanawiał. Było to w czasach, kiedy „sprzęt” robiło się własnoręcznie, co bardziej zapobiegliwi napaleńcy dysponowali hakami od „Kazia – mordercy”, ale ja wolałem te własnej roboty. Mimo, że „kaziowe” były znacznie lepsze i nie wiem skąd się wziął ten krzywdzący przydomek. Moje haki w działaniu przypominały to coś, czym Egipcjanie obrabiali bloki na piramidy. W moim miejscu pracy był spory warsztat, wyposażony w radzieckie obrabiarki z demobilu, więc ósemkę Fischera też sam sobie pospawałem ze stalowego pręta fi 6 i wypolerowałem spoinę, aż błyszczała. Stalowe, wycofane z użytku karabinki, kupowaliśmy od zaprzyjaźnionych strażaków, którzy nazywali te przemyślne urządzenia „zatrzaśnikami”, co bardzo nas bawiło. Oczywiście zapobiegliwi koledzy mieli przemycone skądś aluminiowe Cassiny, za to u nas tylko liny były porządne, bo z fabryki w Bielsku. Uprząż była tylko w formie pasa piersiowego („kobiety – nad biustem” – tak instruował poradnik!) oczywiście własnej roboty, uszyta z kawałków liny, albo z pasów bezpieczeństwa z małego fiata. Magnezji jeszcze wtedy nie wynaleziono. Do podciągania służyły wyłącznie węzły Prusika. Wyłączność na jumary - „małpy” - mieli krezusi i wybitni majsterkowicze.
No cóż, my nie myśleliśmy o wyczynie i nerwowym zaliczaniu kolejnych „szóstek”, tylko o zabawie. Takiej, jak swobodny zjazd wzdłuż północnej ściany
Czubatka
Czubatki w Podzamczu, do dziś nie wiem po co. Przecież nikt z nas nawet nie myślał, żeby choć przewędkować tę ścianę od podstawy, we właściwym kierunku, czyli do góry. No, ale na Czubatce są jakieś solidnie zamocowane resztki fortyfikacji wojennych, chyba gniazda ckm, więc było o co zahaczyć pętlę do zjazdu. Skoro wytrzymało wojnę, to nas też utrzyma. Utrzymało. Byłem na Czubatce trzy lata temu, po bardzo wielu latach przerwy i złapałem się za głowę, kiedy spojrzałem na to całe ustrojstwo z dzisiejszej perspektywy. Na nasze usprawiedliwienie mam to, że jest to najwyższy punkt Jury, a na stanowisko zjazdowe wykorzystaliśmy wtedy również kilka klamek skalnych, na wszelki wypadek. Jakiś instynkt jednak działał.
Zamek w Ogrodzieńcu-Podzamczu,
widok z Czubatki
Mający konkretne plany wysokogórskie, ambitni i bardziej biegli w rzemiośle koledzy, haczyli wtedy tuż obok Wielką Cimę od zachodu, bo wtedy było to chyba VI A4, albo i lepiej, czysta ślusarka, podciągi na nitach osadzanych w otwory wykute zębatym ostrzem brutalnie wbijanym w ścianę, celem jej rozdłubania pod niepewny nit. Na haczyk pod ławeczki z dupowsporkiem. Nigdy nie odważyłem się na takie ekstremum. Zresztą, wkrótce przyszło zniechęcenie do niepowstrzymanej pogoni za „piątkami” i „szóstkami” i do rywalizacji ze znacznie sprawniejszymi kolegami i z tą całą ich dziwaczną techniką.
Cimy z Czubatki
Ślusarka na podzamczańskiej Cimie i na innych jurajskich ścianach „nie do przejścia”, dla których zabrakło skali do wyceny, to jest i tak nic, w porównaniu z bestialskim kompresorem na Fitz Roy w grupie Cerro Torre.....
Ważyłem wtedy połowę tego, co dziś, więc i ta nieszczęsna, do teraz niewyjaśniona, grawitacja była łagodniejsza. To było na kilka dekad przed odkryciem bozonu Higgsa, który – odkąd go odkryto - z upływem czasu coraz bardziej mnie lubi.
Było to w czasach zaledwie o kilka lat późniejszych od okresu, w którym klasyczne standardy w Podlesicach wyznaczali tacy mistrzowie, jak Andrzej Czok na Kaskadach, czy Janusz Skorek na Dziewicy. Sam widok tych dróg przyprawiał o zawrót głowy.

Podlesicki „Ostaniec” był okropną knajpą, z krzesełkami na rurkowatych cienkich nóżkach bez podkładek, które przesuwane po kafelkowej podłodze wydawały piekielny hałas o strasznej częstotliwości. Nieopodal był przystanek
Dziewica
PKS w Podlesicach, na którym w porze powrotu, czyli w niedziele po południu, rozgrywały się dantejskie sceny. Były może dwa kursy do Zawiercia, na PKP, koło 25 km, ciasny jelcz mógł zabrać najwyżej połowę chętnych z przystanku, więc czasami dochodziło nawet do rękoczynów, o ile autobus w ogóle się zatrzymywał, bo już nadjeżdżał niepusty, tak bym to określił. Tak, powrót był najbardziej dramatycznym elementem wyjazdu, nieraz gorszym od najtrudniejszych przejść ścianowych.
Kaskady w Podlesicach
Do czasu, kiedy mój przyjaciel kupił sobie samochód, dwudziestoletni drewniano - tekturowy P-70 (wym.: [pe- zipcych]) z silnikiem syrenki (przeróbka, wypasiony model, z hydraulicznymi hamulcami!!). P-70 to był poprzednik trabanta z NRD (był taki kraj), a w egzemplarzu przyjaciela, w środku kabiny, na drewnianej ramie auta, wyrosła huba, której nie było wolno dotykać, gdyż był to pomnik przyrody. I dowód na jej żywotność. Odkąd weszliśmy w posiadanie tak luksusowego pojazdu, z wyższością popatrywaliśmy na kolegów walczących o miejsce w woniejących amoniakiem i spalinami wnętrznościach jelcza.
Podlesice 38. W tle - Góra Zborów
Trochę nieobiektywne i niesprawiedliwe jest to, co napisałem, więc spieszę dodać, że teraz Podlesice są moim ulubionym miejscem na Jurze, a w pięknym i romantycznym pensjonacie Podlesice 38 spędziłem mnóstwo czasu. Wyruszając stamtąd w skały przed świtem i fotografując gwiazdy nocami, zrobiłem swoje najlepsze zdjęcia jurajskie.
Podzamcze było cichą wioską, przycupniętą nieśmiało pod wspaniałym zamczyskiem, z nader skromnymi domami i gospodarstwami, zamieszkaną przez życzliwych i gościnnych ludzi. Ponieważ mój pierwszy nauczyciel technik wspinaczkowych – Jacek – prowadził dziewczęcą drużynę hokeja na trawie - juniorki, czy jeszcze młodsza kategoria wiekowa - parę razy wyjeżdżałem z nim, z jego drużyną i paroma mamami do pomocy, na kilkudniowe zgrupowania do
 Podzamcza. Jak dzieci miały wolne, to zostawialiśmy je z mamami i biegaliśmy się powspinać. Zresztą, dzieciaki zwykle biegły za nami. Zawsze wydawało mi się, że czekają, aż spadnę. Za to wieczorem wszyscy graliśmy w podchody pod samym zamkiem, pomiędzy skałami. Sceneria dość dreszczowcowa.
Z Jackiem i gromadką dzieciaków
Mieszkaliśmy w stacji turystycznej, tuż pod zamkiem, w warunkach bardzo skromnych, spartańskich i swojskich. Wszystko było z surowego drewna, sienniki leżały na deskach, woda była ze studni, a umeblowanie minimalistyczne, niemal pustelnicze. Ze wzruszeniem wspominam tamten domek, choć teraz, kiedy przechadzam się ulicą Zamkową, to nawet nie pamiętam, który to był. Na ówczesnych polach stoją eleganckie domy, a nieliczne starocie po wyremontowaniu odzyskały swoją świetność. Po paru latach, przypadkiem dowiedziałem się, że ów Jacek, starszy ode mnie o dobre dziesięć lat, na samiutkim początku, na kilka lat przedtem, zanim się poznaliśmy, współdziałał – nie pamiętam, czy jako partner, czy nawet jako harcerski instruktor – z młodziutkim wtedy, ale już obiecującym Jerzym Kukuczką.
Tak to się toczy. Cimy w Podzamczu już dawno są odhaczone i nie wiem, czy ktokolwiek z młodych wspinaczy dzisiaj pomyśli, że jeszcze „niedawno” były to ściany nie do przejścia bez nieekologicznych sztuczek technicznych.
Filar Pokutników, Bolechowice,
środkiem ściany
biegnie "Chiński maharadża"
Mimo to, a może właśnie dlatego, to tamte czasy wydały najlepszych polskich himalaistów i alpinistów Złotego Okresu, w swoim czasie najbardziej kreatywnych na świecie. Wszyscy zaczynali, lub przynajmniej bywali, w Podlesiach i w Podzamczu albo w skałkach podkrakowskich.
W tych samych skałkach, w których zakiełkowała zmaterializowana po dekadach myśl przewodnia książki „Chiński maharadża”. I w których został poczęty Złoty Czekan jej Autora.

Widok z Góry Zborów w Podlesicach
na skały w Rzędkowicach
Podlesice - Filar Wyklętych