poniedziałek, 15 października 2018

Kiedyś.... (1)


Kiedyś.... 

reedycja, 15 października 2018, 40 lat po...


W młodości najbardziej lubiłem tatrzański październik. Słońce jest już wtedy niżej, świeci pod barwowo cieplejszym kątem, a tatrzańska przyroda powoli mości sobie przytulisko na swój zimowy sen. Nawet przepaściste urwiska wyglądały bardziej przyjaźnie i swojsko, dla nas - zwykłych turystów. Nikt z nas nie myślał o pokonywaniu ścian, czy trudniejszych wspinaczkach, ważniejsze były wejścia widokowe i napawanie się urokiem gór. Wtedy, pod koniec lat siedemdziesiątych, wszystko wydawało się inne i prawie wszystko było inne. Nawet góry ociupinkę się od tamtych lat zmieniły. Jednak tylko ociupinkę. Góry żyją znaczniej wolniej niż ludzie. Jedno, co z pewnością zmieniło się w sposób widoczny, to pogoda. W tamtych latach była bardziej stabilna i przewidywalna. Nie było internetu ani prognoz cyfrowych, ale wtedy pogoda miała nawet swoje reguły, które prawie zawsze sie sprawdzały. Jedną z nich była zasada, że jeśli na początku września spadnie dwu-trzydniowy śnieg, to po jego zniknięciu, nastaną dwa - trzy tygodnie murowanej pogody.


W tamtych latach ta reguła sprawdzała sie prawie niezawodnie, co więcej, można było oczekiwac tego, na co czekałem najbardziej - kilku dni rewelacyjnej pogody w październiku. Nie wiem, jak jest teraz, może coś z tych niepisanych reguł pozostało, ale wyraźnie widzę, że prawdziwie pogodnych dni późną jesienią jest coraz mniej, a październikowa aura, nawet w pełnym słońcu, była wtedy chłodniejsza. Tylko - parafrazując - "światłość w paździeniku" pozostawała i nadal pozostaje taka sama. Światło ciepłe, nostalgiczne, przy wcześniej zapadającym zmierzchu, dłużej podkreśla pomarańczowo-czerwonawy koloryt wysokorosnących roślin porastających strzeliste turnie, a Czerwone Wierchy naprawdę są czerwone. Wtedy też można było godzinami wędrować samotnie granią czy grzbietem i nie spotkać żywej duszy, a w środku tygodnia, w schroniskach nie było problemu z noclegiem. Nie sposób było się oprzeć takiemu klimatowi i takiej kolorystyce gór.

Mieliśmy skromne ambicje i skromny sprzęt, a na cały, niekiedy dwutygodniowy wyjazd, musiała wystarczyć jedna rolka filmu, czyli trzydzieści sześć kadrów na przeźrocza, marki orwochrom, na ogół zdobytego 'spod lady', czyli po znajomości. No i nieodłączne, wielkie ryzyko, czy po powrocie do domu zakład fotograficzny nie popsuje zdjęć przez niewłaściwe wywołanie kliszy, co niestety dość często się zdarzało.  Czarno-białe zdjęcia wywoływało się samemu, co eliminowało takie ryzyko, ale w drugim aparacie zawsze rolka sladów orwo czekała na swoją rolę. Bo tylko ta technika pozwalała utrwalić efemeryczną, nieuchwytną paletę barw październikowych Tatr.
Po czterdziestu latach, nawet dobrze wywołane klisze wyglądają staro i mizernie. Przy dzisiejszych zdjęciach cyfrowych, w ogóle się nie potrafią obronić. Mają jednak w sobie coś, czego nie zastąpi najlepsza technika - pamięć ducha tamtych lat, kiedy wszystko było troszkę inne.
A może to tylko my byliśmy młodsi.....

  


__________________________________________________________
Od tamtych, skromnych przecież, turystycznych przygód minęło dokładnie 40 lat. W połowie października 1978 pierwszy raz skompletowałem, z moim przyjacielem Adamem, całą Orlą Perć. Można powiedzieć "phi, też mi coś"... Można, ale dla nas wtedy to był sukces.

Teraz, gdy piszę ten akapit, jest październik 2018 roku. Po tylu latach częstego obcowania z górami, studiowania literatury i wiedzy z zakresu meteorologii i klimatologii, jednak zawsze jako turysta i kibic polskich himalaistów, nieoczekiwanie dla samego siebie stałem się prognostą narodowej wyprawy zimowej na K2 w styczniu i lutym 2018 roku. Piotr Trybalski uwiecznił to zdarzenie w swojej książce "Wszystko za K2", a Rafał Fronia nawiązał do mojej pracy dla wyprawy narodowej na K2 w książce "Anatomia Góry", i za to im bardzo serdecznie dziękuję.









niedziela, 5 sierpnia 2018

Anomalia Karakorum - polskie, letnie akordy

K2, zdj.: Kacper Tekieli, 2017
Gigantyczny sukces, jaki odniósł  Andrzej Bargiel, świetne osiągnięcie Adam Bieleckiego i dwa nadzwyczajne cuda ocalenia: Ricka Allena i Alexa Gukova, wszystko to przy akompaniamencie ostrych, durowych akordów wybrzmiewającej anomalii Karakorum, jej zachłannego gromadzenia zapasów śniegu i lodu na nadchodzące czasy. Czasy, w których w klimacie i pogodach wszystko gwałtownie przyspiesza i będzie przyspieszać coraz bardziej, wśród opadów śniegu i deszczu, wśród lawin i upartych chmur.
Obserwując zmagania sportowe z perspektywy dostawcy opracowań prognoz pogodowych, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ten widowiskowy spektakl z udziałem Polaków, na tle K2, Broad Peak i Gasherbrumów, toczy się na przekór i wbrew oporowi stawianemu przez samą Naturę. Spisując codziennie dziesiątki danych na potrzeby prognoz dla wypraw i bezustannie sprawdzając serwisy pogodowe oraz mając w pamięci dane z kilku poprzednich lat, a nawet z minionej zimy i wyprawy narodowej na K2, nie mam już złudzeń, co do dalszych, najbliższych losów klimatu i stanów pogodowych w górach najwyższych, i nie tylko. Wyprawa badawcza projektu The Karakoram Anomaly Project poczyniła kolejne spostrzeżenia również wpisujące się w przyszły scenariusz przyspieszenia i radykalizacji zdarzeń pogodowych i lodowcowych. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrwa anomalia, być może już doświadcza stanu przesilenia. Nie wiem i nikt tego nie wie. Jeśli napędzające ją mechanizmy, które opisałem w poprzednim odcinku są dobrze rozpoznane, to jeszcze przez jakiś czas będziemy obserwować dodatni bilans substancjalny wody w Karakorum, ale równocześnie, powoli klaruje się obraz rosnącej niedostępności tych gór z powodu opadów w sezonie tradycyjnie wspinaczkowym i najwyraźniej nie należy oczekiwać powrotu do dawnych, schematycznie przewidywalnych stanów pogody.
Chmura, która utrudniała zjazd Andrzejowi
zdj.: Marek Ogień
Już teraz można jedynie liczyć na krótkie okna bez opadów, a Natura coraz mniej czasu pozostawia na ustabilizowanie się świeżego śniegu przed pojawieniem się dobrego okna, coraz częściej w relatywnie wysokich partiach lodowców - powyżej 6200 m pada deszcz, co degraduje pokrywę śnieżną i otwiera szczeliny w lodowcach, a szczeliny zamaskowane - no cóż... nie mają nad sobą dostatecznie wytrzymałych mechanicznie mostów śnieżnych. Nieciekawie. A poza tym, nikt nie lubi brnąć po uda w mokrej breji i do tego pod palącym słońcem, albo w deszczu - do wyboru. Ciepło, coraz cieplej.
Gasherbrum IV, Świetlista Ściana
User:Flothias , CC-BY-SA-3.0
(http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/),
via Wikimedia Commons

Jeszcze tym razem się udało - fenomenalny zjazd Andrzeja, kolejny ośmiotysięcznik Adama, jest dobrze - ale - pamiętajmy - za cenę doraźnej weryfikacji, a właściwie to redukcji wcześniejszych planów, właśnie z powodu opadów i późniejszego lokalnego ocieplenia, z deszczem wysoko w górach. Tym większy powód do dumy i radości, że jednak się udało, choć nie w całości, to mimo wszystko powiodło się to, co było w planach najważniejsze, na przekór pogodzie i w pięknym stylu.

poniedziałek, 5 marca 2018

Zaśnieżone okno

K2 rano, 6 marca 2018, zdj.: Piotr Tomala

No i game over. Z dwóch monstrów, które opisywałem w odcinku "Między Scyllą a Charybdą", wygrała Charybda. Nie bez pomocy Scylli, wszelako... Nie jestem tym zaskoczony, gdyż od roku przewidywałem taką mozliwość jako bardzo prawdopodobną, ale mimo to jestem rozczarowany, bo wiązałem z tą wyprawą duże nadzieje, wbrew fizyce, matematyce i rozsądkowi, no i sporo się napracowałem, analizując na bieżąco liczne internetowe prognozy pogody i starając się opracowywać kompilacje danych w formie przydatnej dla Wyprawy. Dużo informacji zgromadzonych w bardzo krótkim okresie czasu, to jeszcze nie jest podstawa do diagnozy, ale jest to pewien zasób, który pozwala na poczynienie przynajmniej ogólnych spostrzeżeń. Na podsumwanie w kontekście klimatu, anomalii Karakorum i konfrontacji z doświadczeniami poprzednich wypraw w ten rejon przyjdzie jeszcze czas. Na razie jeden wniosek jest już dostępny i jest to wniosek naważniejszy - Panowie są wszyscy, w komplecie, jeśli uwzględnić himalaistów, którym dane było wrócić do kraju wcześniej. "Zwyciężyć, znaczy przeżyć", jak zatytułował swoją książkę Alek Lwow. Dziękujemy Wam, Panowie, z emocje i piękno, które nam, kibicom, udostępniliście podczas tej wyprawy.    .