Kindze, za dziewięć cudów

Pod koniec ponurej epoki gomułkowskiej, w dzieciństwie
upływającym na szarym, okopconym sadzą Śląsku, naszą ulubioną zabawą było
ganianie po stuletnich wielkich kamienicach przeznaczonych do rozbiórki po
szkodach górniczych i penetrowanie zakamarków nieczynnej cegielni tuż za
płotem, ongiś należącej do księcia von Pless. Wtedy to, jakimś cudem dostałem
od kogoś czekoladę. To nie była zwykła czekolada, tylko czarodziejska. Na
opakowaniu tej niebywałej atrakcji, widniało zdjęcie, a może obrazek,
przepięknej góry.

Olśniewający obrazek, z zupełnie innego świata. Wyobraźnia
dziesięcio-, może jedenastolatka otrzymała potężny impuls. We wczesnym
dzieciństwie, właściwie to od początku życia, wszystkie wakacje spędzałem w
Beskidach – w Szczyrku, Wiśle, Górkach Małych koło Brennej, w Jeleśni i
regularnie widywałem góry od najmłodszych lat. Były wielkie, ogromne, zalesione
i tajemnicze, niekiedy groźne, pełne baśniowych stworów, o których wieczorami,
na ciemnym strychu, przy latarkach, opowiadali zaprzyjaźnieni miejscowi
rówieśnicy.

Jednak ta góra z opakowania czekolady była zupełnie inna,
była z innej rzeczywistości. Potem przyszedł czas dorastania, nagle okazało
się, że wokół jest pełno dojrzewających dziewcząt, a do tego doszedł
niepohamowany pęd do samodzielnego zwiedzania Beskidów, Tatr, Pienin, po kolei,
systematycznie, przez długie lata. I tak, pomału, tamten obrazek, który tak
mocno zapadł w pamięć, z biegiem czasu zsunął się gdzieś do podświadomości. W
tym wszystkim jednakże wyobrażenie tamtej najpiękniejszej góry, jaką można
sobie wymarzyć, co jakiś czas wracało, wywoływane przy okazji oglądania
rozmaitych zdjęć, czytania książek, powolnego gromadzenia wiedzy o górach.
Ciągle jednak wszystko, co alpejskie, pozostawało poza zasięgiem, a tamte,
ogromne i skalno-śnieżne góry – to był inny świat.

Minęło
wiele lat, zanim dziecięce marzenie mogło się zmaterializować. W
rzeczywistości, góra okazała sie jeszcze większa i jeszcze piękniejsza,
niż mogłem to sobie wyobrażać wcześniej. W blasku słońca i lodowców,
jakie ją otaczają, pod błękitnym i jasnym niebem, wyniosła i piękna,
lśniła i przyzywała nieodparcie. Potem bywałem w jej okolicach jeszcze
parokrotnie i poznałem parę jej sekretów, kruche podłoże, jakby
mimochodem usypaną grań północną, wielką, szarą i kamienistą pustkę
dookoła, po północnej i wschodniej stronie. I solidną, spoistą ścianę
południową. Inną niż północna i wschodnia.

Nie
poznawałem ich jako wspinacz, ale jako obserwator. A jednak – z bliska.
Na dotyk, bo pokręciłem się trochę po masywie, na ile to było możliwe.
Pojawiło się nieodłączne pytanie: skąd się tutaj wzięło to cudo, ze swą
dziwaczną, jakby dwoistą strukturą, gwałtownie ucięte i kruche od
północy i z potężnym, długim na kilometry grzbietem, wybiegającym na
południe? Jakie siły stworzyły to arcydzieło Natury? Odpowiedź na te
pytania okazała się tak samo zaskakująca, jak wygląd i uroda tej
niezwykłej piramidy. Krótko mówiąc, jest ona poniekąd owiana tajemnicą,
która w dziwny sposób przywiązała się do całej góry, od zawsze.Historia
geologiczna tego miejsca jest burzliwa i nie do końca jednoznacznie
opisana.

Skomplikowana
potrójna kolizja i rozłam płyt kontynentalnych, po epickich zmaganiach
kolosów trwających miliony lat, wtłoczyły przyczółek, na którym przybył
ów jedyny w swoim rodzaju szczyt, pomiędzy formacje Dent Blanche i pasma
Monte Rosy, a jego skaliste, wypiętrzone dzisiejsze stoki i ściany
wjechały na ówczesnej płycie geologicznej, która odłamała się jakiś czas
później i rozpychając się na wszystkie strony, stała się dzisiejszą
Afryką. A „mój” szczyt i jego podstawa nasunęły się na dwie już
wcześniej nałożone na siebie formacje geologiczne, współtworzące
dzisiejszą Europę i Azję, połączone na wieki wspólnym fundamentem. Burza
wtórnych fałdowań dodatkowo skomplikowała bieg wydarzeń i w efekcie w
rejonie obowiązuje teraz zasada dotycząca tamtejszych formacji skalnych:
im wyżej położone, tym bardziej pochodzące z południa. Gdyby opisać to
określenie skrótem myślowym, to można powiedzieć, że wysokie partie
„mojej” góry, wraz z jej dumnym wierzchołkiem, przybyły do nas gotowe z
Afryki.

Dopiero
znacznie później powstało Morze Śródziemne, po rozerwaniu się płyt
macierzystych i pokonaniu przez dzisiejszy Atlantyk wąskiego przesmyku
skalnego, który łączył przylądki dzisiejszej Cieśniny Gibraltarskiej.
Wody ówczesnego oceanu z impetem wdarły się do ogromnej rozpadliny
leżącej na wschód, wypełniając ją błyskawicznie, jako Morze Śródziemne.
Moja czarodziejska góra straciła kontakt ze swoją geologiczną ojczyzną.
Agresywna płyta afrykańska nadal napiera od południa, wrzynając się pod
Europę, a jej groźne pomruki do teraz słychać i widać w wulkanach
Santorini i jego sąsiadach.
Osamotniony szczyt moich marzeń, pozbawiony bliskich
sąsiadów, dziwnie wyróżniony, jakby wyodrębniony z łańcucha Alp, ostatecznie
ukształtowany przez lodowce i erozję, króluje dziś niepodzielnie nad swoją
maleńką ojcowizną i nad swoim orszakiem, w jego postaci zaklętej w skalny
grzbiet opadający ku Dolinie Aosty.
Stoi wyniosły na
swojej skromniutkiej dziedzinie, którą przyniósł ze sobą przed milionami lat.
Wielka i piękna piramida, spojona lodowo-skalnym rdzeniem. Wspierana subtelną w
swej potędze, wiecznie zamarzniętą strukturą, która teraz jest zagrożona, jak
nigdy dotąd w swojej historii, przez ocieplający się klimat. Jak na ironię –
w cieplarnianym efekcie przewidzianym przez Johna Tyndalla, genialnego fizyka i
zdobywcę jednej z najśmielszych turni w południowej ścianie olbrzyma.
Matterhorn.
Część II - podróż na podwórko giganta
 |
| Matt od zachodu |
Przepiękna góra, której wizerunek poznałem z
opakowania czarodziejskiej czekolady pół wieku temu, od tamtego dnia
fascynuje i przyciąga niezmiennie
(Część I).
Mijają lata, niedostępność przepaścistych grani i nieosiągalność
wierzchołka rosną dla mnie wraz z upływem czasu, ale piękno i majestat
oraz burzliwa historia Matta, same w sobie są wystarczająco inspirujące,
na tyle, że nawet nie myślę o podjęciu próby wejścia na wierzchołek,
którąś z łatwiejszych grani. Od wielu lat, mniej więcej od Szczytu Ziemi
w Rio, w roku bodajże 1990, w swojej pracy zawodowej interesuję się
emisją gazów cieplarnianych, a jako energetyk czuję się wręcz
zobowiązany do pracy na rzecz jej redukcji.
 |
| Ściana wschodnia i północna |
Temat ostatnio stał się bardzo gorący (cóż za
zbieżność przenośni z faktami), a tak się składa, że wielki, genialny
fizyk John Tyndall, który w swoim laboratorium po raz pierwszy
udowodnił, że nawet śladowe ilości CO
2
w powietrzu pochłaniają duże ilości ciepła, podnosząc temperaturę
ośrodka, czyli - atmosfery Ziemi, co później nazwano "efektem
cieplarnianym" (
Greenhouse Effect) otóż - ten właśnie John
Tyndall był wybitnym alpinistą w czasach wielkich inicjacji w Alpach
Pennińskich. Na swoich profesorskich wakacjach spędzał czas w surowych,
 |
| Ściana południowa w chmurach |
nieznanych
i niedostępnych w owych czasach górach, gdzie nie było szlaków,
wytyczonych dróg wspinaczkowych, ba - nie było nawet pierwszych wejść, a
Matterhorn był wówczas oficjalnie uważany za górę niemożliwą do
zdobycia. Była to połowa XIX wieku, a więc całkiem niedawno (wszak mój
dziadek urodził się w 1878 roku), a wszystko wyglądało aż tak odmiennie
od tego, co widzimy dziś. Mimo to, śmiałkowie podejmowali próby wejścia
na tę wyzywająco piękną górę, z różnych stron. Jednym z nich był odważny
i już doświadczony we wspinaniu mikstowym John Tyndall. Prawie
równolegle z próbami Edwarda Whympera - pierwszego zdobywcy Matta granią
Hoernli - Tyndall podejmował swoje próby od strony południowej,
podchodząc równie naturalną drogą, czyli granią Lion. Nigdy nie dotarł
na wierzchołek, ale wyposażony w niemiłosiernie ciężkie konopne liny i
żelazne haki, dotarł do pierwszej wybitnej kulminacji
 |
| Szczyt (W) |
grani Lion, do punktu który dzisiaj nazywa się Pic
Tyndall. Jak wiadomo, od tego miejsca kończą się żarty, a zaczynają
schody, kopuła szczytowa od dzisiejszej włoskiej strony jest bardzo
wymagająca.
Droga Whympera od północnego wschodu okazała się
bardziej osiągalna i ostatecznie szczyt zdobyto 150 lat temu, ale za
ogromną cenę - z pięciu zdobywców z zespołu Whympera, trzech zginęło w
zejściu, wśród nich - szwajcarski przewodnik, wskutek fatalnego błędu
asekuracyjnego, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Niewykluczone, że zespół
zdobywców pod wodzą Whympera postawił się w tak niezrozumiałej sytuacji,
wskutek niedotlenienia, co po wielu godzinach morderczej akcji na
prawie 4,5 tys. m n.p.m. jest całkiem możliwe, więc w efekcie błędnej
oceny sytuacji i własnych możliwości, wspinacze popełnili
niedopuszczalny i tragiczny w skutkach błąd, puszczając przewodnika
przodem, w zespole trzech osób związanych liną w systemie asekuracji
lotnej, zamiast kazać się asekurować na sztywno, od góry. W tamtych
czasach prawie nic nie wiedziano o roli aklimatyzacji i o fatalnym
wpływie jej braku na sprawność umysłową i zdolność oceny sytuacji. Idący
przodem, czyli najniżej, przewodnik potknął się gdzieś ponad Ramieniem i
cały zespół runął w półtorakilometrową przepaść.
 |
| Schronisko i uskok grani Hoernli (Pn-W) |
Whymper wraz z partnerem z trudem dotarli granią
Hoernli na dół i zdobywca do końca życia zmagał się z zarzutami ze
strony postronnych "znawców" i samozwańczych sędziów, którzy znali całą
tę historię tylko z plotek i opowiadań, a górę z rysunków i nielicznych
zdjęć.
 |
| Grań Z'Mutt (Z) |
John Tyndall ukończył swoją eksplorację na otwarciu
drogi przez Col del Leone i Cresta del Leone (Liongrat) i chociaż utknął
na dzisiejszym Pic Tyndall, po czym musiał zawrócić, to jego ideę
dokończono w następnym sezonie, otwierając tym samym drogę włoską. Warto
wspomnieć, że Tyndall był pierwszym zdobywcą Weisshornu,
czterotysięcznika położonego nieopodal Matta. I tu zaczyna się nowy
wątek: Weisshorn, jak sama nazwa wskazuje, był pokryty wiecznymi
śniegami i po prostu - biały. Trudna, eksponowana, piękna góra. Ówczesny
Matterhorn również skuty był lodem i pokryty wiecznym śniegiem, tak
bardzo charakterystycznym dla Alp i ich pięknych krajobrazów. Niestety,
obecnie - w efekcie globalnego ocieplenia, które Tyndall przewidział
ponad 150 lat temu - krajobraz Alp, jak i wizerunek samego Matterhornu,
ulegają nieodwracalnym
 |
| Morenowe okolice Matta |
zmianom. W niektórych miejscach zanik lodowców jest
bardzo wolny i słabiej zauważalny, ale są miejsca, również w rejonie
Matta, gdzie efekt ocieplenia jest bardzo wyraźny. Pisałem o tym w
poprzednim odcinku i w kilku innych tekstach na tym blogu, na portalach
górskich i na Facebooku, więc nie chce się powtarzać, przypomnę tylko,
że obecnie Matt jest wyposażony w system czujników, wpuszczonych w głąb
góry, dla rejestrowania temperatury wewnątrz skalno-lodowego rdzenia
masywu i dla rejestrowania reakcji sejsmicznych, nawet
 |
| Taeschhorn i Dom - bez lodowców... |
mikroskopijnych. Cały teren wokół tej niezwykłej góry
jest ostatnio bardzo aktywny, ślady licznych obrywów lodowcowych i
skalnych są niezliczone, sam byłem świadkiem kilku obrywów lodowców po
zachodniej stronie masywu, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pobytu w
tym miejscu. Huk spadających fragmentów lodowców i skał po upalnym dniu,
co kilka godzin przecinał ciszę zachodniego sanktuarium giganta,
przypominając o tym, co człowiek robi ze swoją planetą. A przecież w
skali globu, jest to tylko drobniuteńki symptom gigantycznego zjawiska
ocieplenia. Niezwykle irytujące jest to, że ciągle są ludzie
zaprzeczający istnieniu tego zjawiska, albo podający, jako dominujące,
przyczyny ocieplenia inne, niż
 |
| Świeżutki obryw w górnej partii lodowca Z'Mutt |
kumulacja gazów cieplarnianych w atmosferze. Z
pewnością, lokalnie - na przykład na Grenlandii, nie bez znaczenia jest
ciepło geotermalne, ale tam zanikają lodowce na poziomie morza, a tu -
ponad bajecznym Zermatt - topnieją, parują i sublimują gigantyczne masy
lodu trzy, cztery kilometry nad poziomem morza i to w stopniu
zastraszającym. To samo dotyczy całych Alp, znikają ogromne połacie
lodowców, a archeolodzy co rusz znajdują pozostałości i artefakty, które
przetrwały pod wiecznym lodem, znacznie ponad pięć tysięcy lat. To
zjawisko pokazuje wyraźnie, jak szybko następuje obecna zmiana klimatu i
jest aż nadto dobitnym dowodem na to, że nie mamy do czynienia z
procesem naturalnym. W naturze, nie licząc impaktowych kataklizmów, nic
nie dzieje się tak szybko, jeśli chodzi o zmiany klimatu. Wszystkie
dotychczasowe naturalne ocieplenia i ochłodzenia zachodziły setki, jeśli
nie tysiące razy wolniej, niż obecne. Ponieważ na Ziemi nic ostatnio
nie wybuchło ani nie walnęło odczuwalnie w skali globu, żaden
superwulkan ani meteor, ani nawet kometa, więc nie ma innego
uzasadnienia dla tak radykalnego przyspieszenia ocieplania klimatu, że
dosłownie na naszych oczach znikają z powierzchni Ziemi miliardy ton
lodu, co wymaga niewiarygodnie wielkich ilości ciepła, a przecież Słońce
jest wyjątkowo mało aktywne od parunastu lat. Co zatem roztapia
alpejski lód? Dlaczego pozostające w górach lodowce - niegdysiejsze
połyskujące światłem brylanty Alp - widziane z pewnej odległości
dzisiaj, mają odcień barwy roztopowego śniegu w marcu w moim ogródku w
Polsce? Dlaczego alpejski śnieg na 4 tys. m n.p.m., konsystencją i
odcieniem przypomina chodnik zimą w Katowicach, po posypaniu go solą?
Smutne wrażenie robią Alpy - czarne, bezśnieżne, bardziej przypominające
Mięguszowiecki latem, niż to, co pamiętam ze zdjęć alpejskich
olbrzymów, oglądanych w dzieciństwie, a nawet jeszcze 15-20 lat temu, na
żywo.
 |
| Droga Mleczna nad Matterhornem |

Wróćmy
jednak do Matterhornu - góry niezwykłej. Postanowiłem w tym roku
odwiedzić podwórko giganta - rejon jego zachodniej ściany. To właśnie
tam widać całą jego potęgę. Rejon najmniej popularny wśród turystów,
gdyż dość odległy i trochę trudno dostępny, jeszcze niedawno wymagający
kondycyjnie i technicznie, nawet na poziomie spacerowo-turystycznym. Co
prawda są tam schroniska CAS, ale trzeba się trochę wysilić, żeby do
nich dotrzeć. No i właśnie teraz, po wielu latach od mojej pierwszej
wizyty w rejonie Zermatt, przyszła kolej na
zaplecze
Matterhornu, z ambitnym zamiarem przekroczenia odnogi zanikającego
lodowca Z'Mutt i przetrawersowania skalnym terenem jak najdalej na
zachód, żeby zrobić fajne, frontalne zdjęcia ściany zachodniej. Na
najświeższych zdjęciach satelitarnych wszystko wyglądało całkiem
przyzwoicie, wyruszyłem w drogę pełen optymizmu, z gotowym planem
fotograficznym w głowie. Co tam - myślę sobie - przekroczenie
kilkudziesięciu metrów w poprzek lodowczyka, całkowicie zasypanego
skalnym rumoszem (
debris) to będzie pikuś, a spod stoku, albo
nawet z grani jakiejś skalnej grzędy po drugiej stronie, będę miał
świetny wgląd w kocioł Tiefmattengletscher i na cały obszar zachodniej
ściany Matta. Jednak rzeczywistość bardzo mocno mnie otrzeźwiła.
Pierwotny zamiar przetrawersowania z moreny poprzez lodowczyk, ku
podstawie grzędy skalnej naprzeciwko, okazał się niewykonalny w
pojedynkę i to z dwóch powodów. Po pierwsze, morena jest sypka i bardzo
niestabilna, ma konsystencję świeżego żwirowiska i nawet chodzenie po
jej górnej krawędzi jest niepewne, gdyż ścieżka tamtędy wiodąca co
kilkadziesiąt metrów znika, przerwana świeżym obrywem i trzeba
trawersować niżej. Wyraźnie widać to na ostatnim zdjęciu.
 |
| Odnoga lodowca Z'Mutt, którą chciałem przejść w poprzek |
Po drugie, sam lodowczyk, dokumentnie zasypany kamieniami (
debris)
jest spękany i zdradliwy, nikt nie wie, co jest pod butami, co kawałek
spod kamieni i lodu widać jeziorka o nieznanej głębokości. Ten stan
rzeczy obrazuje zdjęcie po prawej stronie. Musiałem zatem zaniechać
ambitnego zamiaru podejścia dalej na zachód (czyli na prawo, na zdjęciu
po lewej) i zadowolić się stanowiskiem fotograficznym na morenie
bocznej, w miejscu, do którego można było dojść solo, bez naruszania
elementarnych zasad zdrowego rozsądku.
 |
| Szczeliny i rozpadliny z jeziorkami na odnodze lodowca Z'Mutt |
W ten oto sposób dotarłem do wymarzonego miejsca, z
którego widać zachodnią ścianę Matterhornu, aczkolwiek - pod pewnym
kątem, nie na wprost. Bez sprzętu i sam, więc pójść dalej raczej się nie
dało. Jestem pod wrażeniem potęgi tej góry. O ile powszechnie znane
niezliczone zdjęcia od strony północno-wschodniej w szczególny sposób
podkreślają szlachetne piękno Matterhornu, o tyle jego zachodnie
otoczenie jest demonstracją potęgi i bardziej surowego piękna tej
ogromnej góry. Stojący tuż obok czterotysięcznik Dent d'Herens i
pozostałe szczyty grani okalającej zachodni kocioł za Matterhornem,
podkreślają jego niezwykłość, formując swoisty orszak tego
niezaprzeczalnego króla szwajcarskich Alp.
A może nawet i całych Alp w ogóle.....
Proza życia:
 |
| Pierwotny
zamysł zdjęciowy, powzięty na podstawie "płaskich" zdjęć satelitarnych:
1 - schronisko Schoenbil, 2 - ostroga grani Z'Mutt, 3 - resztki dolnej
części lodowca Z'Mutt, 4 - upatrzone stanowisko fotograficzne, małe
kropki - zamierzana trasa, czarne kropki - odcinek, który w realu okazał
się nie do przejścia solo, z uwagi na zły stan lodowczyka... Na tym
ujęciu już widać, że może być ciężko, niestety w realu okazało się to w
ogóle "impossible", jak uznaliśmy ze spotkanym w schronisku alpinistą
Gustavem. Ten jeden krótki odcinek, a właściwie, to środkowa czarna
kropka. Mimo wszystko jakoś się dało popstrykać po zmianie opcji i
zdjęcia zachodniej ściany wzbogaciły moją kolekcję :) Nowej lokalizacji
stanowiska foto, na tym zdjęciu nie widać |
Część III: Co dalej z lodowcami?
Żyjemy
w dziwnym świecie. W świecie, który na naszych oczach w ekspresowym
tempie zmienia swój klimat i to za naszą przyczyną. Na nic zda się
rozpaczliwe zaprzeczanie faktom przez rozmaitych naukowych denialistów i
cynicznych lub niedoinformowanych polityków.
 |
| dolina Zermatt 2000 |
Ogrzewamy
naszą planetę i na własne życzenie pakujemy się w kłopoty zdrowotne,
gospodarcze i polityczne. Są jeszcze miejsca na planecie, w których
proces negatywnej modyfikacji środowiska przebiega wolniej, niż w innych
rejonach, ale jest tych obszarów coraz mniej, natomiast coraz więcej
jest obszarów, w których opłakane rezultaty "efektu cieplarnianego"
przyspieszają lawinowo.
 |
| dolina Zermatt 2016 |
Doszło do tego, że w bliskim mi
emocjonalnie świecie aktywności górskiej, jedyny obszar, który jako tako
opiera się zmianie klimatu - łańcuch Karakorum, dzięki własnemu
lokalnemu klimatowi, osiągnął stan, nazywany "anomalią Karakorum" (
The Karakoram Anomaly).
Ostatnie (jeszcze) miejsce, które ma siłę utrzymywać swój klimat w
miarę normalnie, tak, jak przywykliśmy (wszelako - za wyjątkiem rejonu
górnego lodowca Baltoro!), uznano za "anomalię" na tle świata. Czyli -
uznana za "normę", globalna paranoja klimatyczna szybko katapultuje nas
wszystkich w nieznane. Już nie ma odwrotu i na dodatek nic nie zapowiada
spowolnienia tego procesu, a nawet jest wręcz przeciwnie.
 |
| Rok 2000 |
 |
| Rok 2016 |
Nie
zamierzam moralizować, ani opisywać przejawów zjawiska globalnego
ocieplenia na całym świecie, bo jest to temat przeogromny. Chciałbym
jedynie pokazać kilka małych przykładów, w oparciu o doświadczenia i
obserwacje w Alpach szwajcarskich, jaki jest widoczny wpływ tego
ocieplenia na niewielki, ale znaczący aspekt środowiska naturalnego -
mianowicie na lodowce wysokogórskie.
Jest to zakres na tyle
reprezentatywny, że pozwala sformułować wnioski sięgające daleko poza
obszar kantonu Valais. Lodowce wysokogórskie pełnią wielorakie funkcje -
od estetyczno - krajobrazowych, po strategiczne w zakresie zaopatrzenia
w wodę miliardów ludzi. Ich zanik, a nawet znacząca redukcja, oznacza
nieuchronne problemy gospodarcze i polityczne, może jeszcze nie w
Europie, ale w Azji Środkowej - to już na pewno. To jest tylko kwestia
czasu. Chyba, że wydarzy się cud. Albo - co jest bardziej prawdopodobne -
globalna katastrofa.
 |
| Rok 2016 |
 |
| Rok 2000 |
Powróćmy jednak do
Alp Pennińskich, w rejon mojego ukochanego Matterhornu i spójrzmy na to,
co dzieje się z alpejskimi lodowcami.
Naukowcy szacują (wg
relacji National Geographic), że Alpy utraciły połowę swoich lodowców w
ciągu minionego stulecia, z czego 20% od roku 1980, a lodowce
szwajcarskie zmniejszyły się obszarowo o 20% w ciągu ostatnich 15 lat.
Krajobrazowo, liczy się pokrywa lodowo-śnieżna, co niekoniecznie jest
tożsame z lodowcami "poprawnymi" definicyjnie (w praktyce >30 m
grubości). Tak, czy owak, wg http://ziemianarozdrozu.pl/ "dane NASA
wskazują, że prawdopodobieństwo tego, że rok 2016 będzie kolejnym
najcieplejszym rokiem w historii pomiarów wynosi 99%". I to się powtarza
z roku na rok. Więc lody i śniegi znikają.
 |
| Rok 2016 |
 |
| Rok 2000 |
Szwajcarzy inwestują ogromne
pieniądze w rozbudowę infrastruktury narciarskiej. Nie ukrywam, że w
moich oczach jest to dewastacja krajobrazu na gigantyczną skalę, ale z
drugiej strony - należy to zrozumieć, bo przecież muszą z czegoś żyć, a
turystyka i sporty zimowe, to ich bardzo znaczące źródło dochodów.
Znajoma pracująca w Zermatt, a mieszkająca w miejscowości Randa,
powiedziała mi przed paroma dniami, że w tym roku, po raz pierwszy w jej
życiu (a ma dorosłe dzieci), w Sylwestra w Zermatt w ogóle nie było
śniegu. Skądinąd wiem, że potem sytuacja poprawiła się na tyle, że
można było szusować do woli w całym rejonie od Matterhornu po Monte
Rosę, ale świeże śniegi stopniały, a zaraz po nich - kolejna część
"wiecznych" śniegów. Trochę zaniepokoił mnie tegoroczny widok licznych
armatek śnieżnych czekających na sezon. Sztuczne naśnieżanie w tym
miejscu? Dziwne...
Od razu po wyjściu z pociągu, po pierwszym
spojrzeniu w górę, w stronę Klein Matterhornu i Breithornu
(czterotysięcznik) natychmiast rzuciło mi się w oczy niepokojące szarawe
zabarwienie śniegów, które jeszcze tam pozostają. Kiedyś, jeszcze
kilkanaście lat temu, lodowce alpejskie błyszczały niczym brylanty w
koronie alpejskich szczytów, w słońcu i na tle błękitnego nieba, były
niezmiernie piękne. No cóż, niestety - tegoroczny widok odkrytych płatów
lodowcowych, nielicznych zresztą, już nie zachwyca tak, jak kiedyś.
Śnieg jest szary i z daleka widać, że ciężki, mokry i matowy.
 |
| bezśnieżny Grossshorn, 2016 (duży zoom), daleko - Jungfrau |
 |
| Monte Rosa i Lyskamm, 2000, widok z Hoernli |
W wielu miejscach nie błyszczy w słońcu,
raczej przypomina wyglądem roztopową breję w moim ogródku w Polsce,
wiosną. Trudno tego nie zauważyć, po kilkuletniej przerwie, kiedy ma się
skokowe porównanie z tym, co pozostało w pamięci z poprzedniego pobytu w
Zermatt. Owszem, są jeszcze całkiem liczne miejsca, w których jest
prawie tak, jak dawniej, ale to nie zmienia faktu, że ogólna tendencja
do zanikania pokrywy śnieżnej i lodowej jest oczywista, a proces
degradacji przebiega szybko, choć nierównomiernie. Szarawy śnieg ma
niskie albedo i pochłania dużo więcej ciepła słonecznego, dlatego jego
topnienie przebiega znacznie szybciej.
 |
| Dolina Zermatt, 2016 |
O bardziej szczegółowych aspektach fizycznych i
mechanizmach tego zjawiska pisałem niedawno w kilku postach na moim
blogu i w innych miejscach, przedstawiłem też linki do literatury
specjalistycznej, więc nie ma sensu się powtarzać, toteż w tym wpisie
ograniczę się do pokazania kilku zdjęć z rejonu Zermatt, które wykonałem
w odstępie 16 lat. Starsze zdjęcia pochodzą z lipca i z września 2000
roku, a nowsze z września 2016 roku. Wrzesień jest najlepszym miesiącem
do tego typu porównań, ponieważ pogoda jest piękna i pewna, a góry są
wtedy definitywnie pozbawione śniegu z poprzedniego sezonu, widać
wyłącznie tzw. "wieczne" śniegi, które w istocie ani trochę nie są
"wieczne". Niebawem może spaść świeży śnieg (co zresztą wcale nie jest
takie pewne) i potem wszelkie porównania będą bardzo utrudnione.
A tak przy okazji: bardziej lubię fotografię analogową od cyfrowej. No cóż, postępu nie da się powstrzymać...
 |
| Jeszcze raz dolina Zermatt, 2000 |
 |
| Dolina po zanikającym lodowcu Z'Mutt, z dnem pokrytym resztkami lodowca i jeziorkami, całkowicie zasypana rumoszem skalnym (debris), turystycznie - bardzo niebezpieczne miejsce, 2016 r. |
 |
Kopuła
szczytowa Breithorn, od południa, zdj. na wys. 3890 m npm. Ten ogromny
lodowiec jest w dość dobrym stanie, chociaż pewne oznaki jego degradacji
można zauważyć. Póki co, szczyt jest tędy dostępny bez problemu.
|
|
|
 |
| Smutno wyglądają szczyty grupy Mischabel, bez swoich srebrzystych szat. Lodowiec Fee też marnieje w oczach. |
 |
| 2000 r. |
Przełączka w grani Hoernli, obecnie i w roku 2000:
 |
| od wschodu (2016) |
 |
| 2000 r. |
 |
| od północy, 2016 |
 |
| Na przełęczy, 2000 r. |
Przełączka pod uskokiem "startowym" w grani Hoernli, dwa ujęcia od strony
północnej. Problemem jest tutaj nie tylko powierzchnia, ale również
grubość / miąższość warstwy (czyli - ilość) zalegającego tam lodu. To
samo zagadnienie dotyczy wszystkich zanikających lodowców - pozornie
nieznaczna zmiana powierzchni oznacza niekiedy bardzo istotny zanik
ilości zasobów wody.
 |
| Ostroga grani Z'Mutt |
 |
| Świeży,
wielotonowy obryw, który powstał na moich oczach, po całej nocnej serii
podobnych zdarzeń, których huk mogłem tylko słyszeć |

W
tym miejscu lodowiec Tiefmatten (1), wypełniający kocioł pod zachodnią
ścianą Matta, łączy się lodospadem (2) z zanikającym lodowcem Z'Mutt
(3). Tiefmatten jest podminowany ogromnymi grotami lodowymi (4) i
pokryty szczelinami. Nie wiem, jak tam było - powiedzmy - 20 lat temu,
ale są to oznaki, że ten lodowiec też zaczyna mieć problemy. Jeszcze
nieco ośnieżone ściany okalające kocioł Tiefmatten, tworzą formację
amfiteatralną i działają jak gigantyczne zwierciadło wklęsłe, przez co
zachodnia ściana otrzymuje sporą dawkę radiacji IR, od wschodu do
zachodu słońca, pomimo ewidentnie zachodniej wystawy. To zdjęcie
zrobiłem wcześnie rano i widać, jak śniegi i lód na stokach masywu Dent
d'Herens odbija światło (no i ciepło, czego nie widać) słoneczne w
stronę przeciwległych formacji. A nad tym wszystkim wisi - jak miecz
Damoklesa - wzbogacone w cieplarniany CO2 (tutaj zapewne powyżej 410
ppm) powietrze - kołderka. No i mamy to, co mamy - wielka szczelina
brzeżna pod Testa del Leone i prawie pozbawiona lodu droga Canal Nord
delle Col del Leone - wspinaczkowe wejście na przełęcz w grani Lion, na
granicy z Włochami - dojście do drogi na Matterhorn, zainicjowanej 150
lat temu przez Johna Tyndalla. Zatoczyliśmy koło. Dziękuję za wspólną
podróż.
Oto, co znalazłem w sieci (NSIDC - USA), zdjęcie z 1894 dokładnie z tego miejsca, z którego zrobiłem jedno z moich zdjęć:
The
Matterhorn in Switzerland is a horn carved away by glacial erosion.
—Credit: Photograph by Harry Fielding Reid. 1894. Zmutt Glacier: From
the Glacier Photograph Collection. Boulder, Colorado USA: National Snow
and Ice Data Center. Digital media
źródło zdjęcia
Ten tekst jest podsumowaniem cyklu:
matterhorn gora niezwyka
galeria:
https://michalpyka.blogspot.com/2016/12/matterhorn-gora-niezwyka-mae.html
(C) Michał Pyka