sobota, 14 września 2019

Matterhorn - góra niezwykła


Kindze, za dziewięć cudów


Pod koniec ponurej epoki gomułkowskiej, w dzieciństwie upływającym na szarym, okopconym sadzą Śląsku, naszą ulubioną zabawą było ganianie po stuletnich wielkich kamienicach przeznaczonych do rozbiórki po szkodach górniczych i penetrowanie zakamarków nieczynnej cegielni tuż za płotem, ongiś należącej do księcia von Pless. Wtedy to, jakimś cudem dostałem od kogoś czekoladę. To nie była zwykła czekolada, tylko czarodziejska. Na opakowaniu tej niebywałej atrakcji, widniało zdjęcie, a może obrazek, przepięknej góry.
Olśniewający obrazek, z zupełnie innego świata. Wyobraźnia dziesięcio-, może jedenastolatka otrzymała potężny impuls. We wczesnym dzieciństwie, właściwie to od początku życia, wszystkie wakacje spędzałem w Beskidach – w Szczyrku, Wiśle, Górkach Małych koło Brennej, w Jeleśni i regularnie widywałem góry od najmłodszych lat. Były wielkie, ogromne, zalesione i tajemnicze, niekiedy groźne, pełne baśniowych stworów, o których wieczorami, na ciemnym strychu, przy latarkach, opowiadali zaprzyjaźnieni miejscowi rówieśnicy.

Jednak ta góra z opakowania czekolady była zupełnie inna, była z innej rzeczywistości. Potem przyszedł czas dorastania, nagle okazało się, że wokół jest pełno dojrzewających dziewcząt, a do tego doszedł niepohamowany pęd do samodzielnego zwiedzania Beskidów, Tatr, Pienin, po kolei, systematycznie, przez długie lata. I tak, pomału, tamten obrazek, który tak mocno zapadł w pamięć, z biegiem czasu zsunął się gdzieś do podświadomości. W tym wszystkim jednakże wyobrażenie tamtej najpiękniejszej góry, jaką można sobie wymarzyć, co jakiś czas wracało, wywoływane przy okazji oglądania rozmaitych zdjęć, czytania książek, powolnego gromadzenia wiedzy o górach. Ciągle jednak wszystko, co alpejskie, pozostawało poza zasięgiem, a tamte, ogromne i skalno-śnieżne góry – to był inny świat.

Minęło wiele lat, zanim dziecięce marzenie mogło się zmaterializować. W rzeczywistości, góra okazała sie jeszcze większa i jeszcze piękniejsza, niż mogłem to sobie wyobrażać wcześniej. W blasku słońca i lodowców, jakie ją otaczają, pod błękitnym i jasnym niebem, wyniosła i piękna, lśniła i przyzywała nieodparcie. Potem bywałem w jej okolicach jeszcze parokrotnie i poznałem parę jej sekretów, kruche podłoże, jakby mimochodem usypaną grań północną, wielką, szarą i kamienistą pustkę dookoła, po północnej i wschodniej stronie. I solidną, spoistą ścianę południową.  Inną niż północna i wschodnia.
Nie poznawałem ich jako wspinacz, ale jako obserwator. A jednak – z bliska. Na dotyk, bo pokręciłem się trochę po masywie, na ile to było możliwe. Pojawiło się nieodłączne pytanie: skąd się tutaj wzięło to cudo, ze swą dziwaczną, jakby dwoistą strukturą, gwałtownie ucięte i kruche od północy i z potężnym, długim na kilometry grzbietem, wybiegającym na południe? Jakie siły stworzyły to arcydzieło Natury? Odpowiedź na te pytania okazała się tak samo zaskakująca, jak wygląd i uroda tej niezwykłej piramidy. Krótko mówiąc, jest ona poniekąd owiana tajemnicą, która w dziwny sposób przywiązała się do całej góry, od zawsze.Historia geologiczna tego miejsca jest burzliwa i nie do końca jednoznacznie opisana.


 Skomplikowana potrójna kolizja i rozłam płyt kontynentalnych, po epickich zmaganiach kolosów trwających miliony lat, wtłoczyły przyczółek, na którym przybył ów jedyny w swoim rodzaju szczyt, pomiędzy formacje Dent Blanche i pasma Monte Rosy, a jego skaliste, wypiętrzone dzisiejsze stoki i ściany wjechały na ówczesnej płycie geologicznej, która odłamała się jakiś czas później i rozpychając się na wszystkie strony, stała się dzisiejszą Afryką. A „mój” szczyt i jego podstawa nasunęły się na dwie już wcześniej nałożone na siebie formacje geologiczne, współtworzące dzisiejszą Europę i Azję, połączone na wieki wspólnym fundamentem. Burza wtórnych fałdowań dodatkowo skomplikowała bieg wydarzeń i w efekcie w rejonie obowiązuje teraz zasada dotycząca tamtejszych formacji skalnych: im wyżej położone, tym bardziej pochodzące z południa. Gdyby opisać to określenie skrótem myślowym, to można powiedzieć, że wysokie partie „mojej” góry, wraz z jej dumnym wierzchołkiem, przybyły do nas gotowe z Afryki.

Dopiero znacznie później powstało Morze Śródziemne, po rozerwaniu się płyt macierzystych i pokonaniu przez dzisiejszy Atlantyk wąskiego przesmyku skalnego, który łączył przylądki dzisiejszej Cieśniny Gibraltarskiej. Wody ówczesnego oceanu z impetem wdarły się do ogromnej rozpadliny leżącej na wschód, wypełniając ją błyskawicznie, jako Morze Śródziemne. Moja czarodziejska góra straciła kontakt ze swoją geologiczną ojczyzną. Agresywna płyta afrykańska nadal napiera od południa, wrzynając się pod Europę, a jej groźne pomruki do teraz słychać i widać w wulkanach Santorini i jego sąsiadach. 


Osamotniony szczyt moich marzeń, pozbawiony bliskich sąsiadów, dziwnie wyróżniony, jakby wyodrębniony z łańcucha Alp, ostatecznie ukształtowany przez lodowce i erozję, króluje dziś niepodzielnie nad swoją maleńką ojcowizną i nad swoim orszakiem, w jego postaci zaklętej w skalny grzbiet opadający ku Dolinie Aosty. 

Stoi wyniosły na swojej skromniutkiej dziedzinie, którą przyniósł ze sobą przed milionami lat. Wielka i piękna piramida, spojona lodowo-skalnym rdzeniem. Wspierana subtelną w swej potędze, wiecznie zamarzniętą strukturą, która teraz jest zagrożona, jak nigdy dotąd w swojej historii, przez ocieplający się klimat. Jak na ironię – w cieplarnianym efekcie przewidzianym przez Johna Tyndalla, genialnego fizyka i zdobywcę jednej z najśmielszych turni w południowej ścianie olbrzyma. Matterhorn.



Część II - podróż na podwórko giganta



Matt od zachodu
Przepiękna góra, której wizerunek poznałem  z opakowania czarodziejskiej czekolady pół wieku temu, od tamtego dnia fascynuje i przyciąga niezmiennie (Część I). Mijają lata, niedostępność przepaścistych grani i nieosiągalność wierzchołka rosną dla mnie wraz z upływem czasu, ale piękno i majestat oraz burzliwa historia Matta, same w sobie są wystarczająco inspirujące, na tyle, że nawet nie myślę o podjęciu próby wejścia na wierzchołek, którąś z łatwiejszych grani. Od wielu lat, mniej więcej od Szczytu Ziemi w Rio, w roku bodajże 1990, w swojej pracy zawodowej interesuję się emisją gazów cieplarnianych, a jako energetyk czuję się wręcz zobowiązany do pracy na rzecz jej redukcji.
Ściana wschodnia i północna
Temat ostatnio stał się bardzo gorący (cóż za zbieżność przenośni z faktami), a tak się składa, że wielki, genialny fizyk John Tyndall, który w swoim laboratorium po raz pierwszy udowodnił, że nawet śladowe ilości CO2 w powietrzu pochłaniają duże ilości ciepła, podnosząc temperaturę ośrodka, czyli - atmosfery Ziemi, co później nazwano "efektem cieplarnianym" (Greenhouse Effect) otóż - ten właśnie John Tyndall był wybitnym alpinistą w czasach wielkich inicjacji w Alpach Pennińskich. Na swoich profesorskich wakacjach spędzał czas w surowych,
Ściana południowa w chmurach
nieznanych i niedostępnych w owych czasach górach, gdzie nie było szlaków, wytyczonych dróg wspinaczkowych, ba - nie było nawet pierwszych wejść, a Matterhorn był wówczas oficjalnie uważany za górę niemożliwą do zdobycia. Była to połowa XIX wieku, a więc całkiem niedawno (wszak mój dziadek urodził się w 1878 roku), a wszystko wyglądało aż tak odmiennie od tego, co widzimy dziś. Mimo to, śmiałkowie podejmowali próby wejścia na tę wyzywająco piękną górę, z różnych stron. Jednym z nich był odważny i już doświadczony we wspinaniu mikstowym John Tyndall. Prawie równolegle z próbami Edwarda Whympera - pierwszego zdobywcy Matta granią Hoernli - Tyndall podejmował swoje próby od strony południowej, podchodząc równie naturalną drogą, czyli granią Lion. Nigdy nie dotarł na wierzchołek, ale wyposażony w niemiłosiernie ciężkie konopne liny i żelazne haki, dotarł do pierwszej wybitnej kulminacji
Szczyt (W)
grani Lion, do punktu który dzisiaj nazywa się Pic Tyndall. Jak wiadomo, od tego miejsca kończą się żarty, a zaczynają schody, kopuła szczytowa od dzisiejszej włoskiej strony jest bardzo wymagająca.
Droga Whympera od północnego wschodu okazała się bardziej osiągalna i ostatecznie szczyt zdobyto 150 lat temu, ale za ogromną cenę - z pięciu zdobywców z zespołu Whympera, trzech zginęło w zejściu, wśród nich - szwajcarski przewodnik, wskutek fatalnego błędu asekuracyjnego, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Niewykluczone, że zespół zdobywców pod wodzą Whympera postawił się w tak niezrozumiałej sytuacji, wskutek niedotlenienia, co po wielu godzinach morderczej akcji na prawie 4,5 tys. m n.p.m. jest całkiem możliwe, więc w efekcie błędnej oceny sytuacji i własnych możliwości, wspinacze popełnili niedopuszczalny i tragiczny w skutkach błąd, puszczając przewodnika przodem, w zespole trzech osób związanych liną w systemie asekuracji lotnej, zamiast kazać się asekurować na sztywno, od góry. W tamtych czasach prawie nic nie wiedziano o roli aklimatyzacji i o fatalnym wpływie jej braku na sprawność umysłową i zdolność oceny sytuacji. Idący przodem, czyli najniżej, przewodnik potknął się gdzieś ponad Ramieniem i cały zespół runął w półtorakilometrową przepaść.
Schronisko i uskok grani Hoernli (Pn-W)
 Whymper wraz z partnerem z trudem dotarli granią Hoernli na dół i zdobywca do końca życia zmagał się z zarzutami ze strony postronnych "znawców" i samozwańczych sędziów, którzy znali całą tę historię tylko z plotek i opowiadań, a górę z rysunków i nielicznych zdjęć.
Grań Z'Mutt (Z)
John Tyndall ukończył swoją eksplorację na otwarciu drogi przez Col del Leone i Cresta del Leone (Liongrat) i chociaż utknął na dzisiejszym Pic Tyndall, po czym musiał zawrócić, to jego ideę dokończono w następnym sezonie, otwierając tym samym drogę włoską. Warto wspomnieć, że Tyndall był pierwszym zdobywcą Weisshornu, czterotysięcznika położonego nieopodal Matta. I tu zaczyna się nowy wątek: Weisshorn, jak sama nazwa wskazuje, był pokryty wiecznymi śniegami i po prostu - biały. Trudna, eksponowana, piękna góra. Ówczesny Matterhorn również skuty był lodem i pokryty wiecznym śniegiem, tak bardzo charakterystycznym dla Alp i ich pięknych krajobrazów. Niestety, obecnie - w efekcie globalnego ocieplenia, które Tyndall przewidział ponad 150 lat temu - krajobraz Alp, jak i wizerunek samego Matterhornu, ulegają nieodwracalnym
Morenowe okolice Matta
zmianom. W niektórych miejscach zanik lodowców jest bardzo wolny i słabiej zauważalny, ale są miejsca, również w rejonie Matta, gdzie efekt ocieplenia jest bardzo wyraźny. Pisałem o tym w poprzednim odcinku i w kilku innych tekstach na tym blogu, na portalach górskich i na Facebooku, więc nie chce się powtarzać, przypomnę tylko, że obecnie Matt jest wyposażony w system czujników, wpuszczonych w głąb góry, dla rejestrowania temperatury wewnątrz skalno-lodowego rdzenia masywu i dla rejestrowania reakcji sejsmicznych, nawet
Taeschhorn i Dom - bez lodowców...
mikroskopijnych. Cały teren wokół tej niezwykłej góry jest ostatnio bardzo aktywny, ślady licznych obrywów lodowcowych i skalnych są niezliczone, sam byłem świadkiem kilku obrywów lodowców po zachodniej stronie masywu, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pobytu w tym miejscu. Huk spadających fragmentów lodowców i skał po upalnym dniu, co kilka godzin przecinał ciszę zachodniego sanktuarium giganta, przypominając o tym, co człowiek robi ze swoją planetą. A przecież w skali globu, jest to tylko drobniuteńki symptom gigantycznego zjawiska ocieplenia. Niezwykle irytujące jest to, że ciągle są ludzie zaprzeczający istnieniu tego zjawiska, albo podający, jako dominujące, przyczyny ocieplenia inne, niż
Świeżutki obryw w górnej partii lodowca Z'Mutt
kumulacja gazów cieplarnianych w atmosferze. Z pewnością, lokalnie - na przykład na Grenlandii, nie bez znaczenia jest ciepło geotermalne, ale tam zanikają lodowce na poziomie morza, a tu - ponad bajecznym Zermatt - topnieją, parują i sublimują gigantyczne masy lodu trzy, cztery kilometry nad poziomem morza i to w stopniu zastraszającym. To samo dotyczy całych Alp, znikają ogromne połacie lodowców, a archeolodzy co rusz znajdują pozostałości i artefakty, które przetrwały pod wiecznym lodem, znacznie ponad pięć tysięcy lat. To zjawisko pokazuje wyraźnie, jak szybko następuje obecna zmiana klimatu i jest aż nadto dobitnym dowodem na to, że nie mamy do czynienia z procesem naturalnym. W naturze, nie licząc impaktowych kataklizmów, nic nie dzieje się tak szybko, jeśli chodzi o zmiany klimatu. Wszystkie dotychczasowe naturalne ocieplenia i ochłodzenia zachodziły setki, jeśli nie tysiące razy wolniej, niż obecne. Ponieważ na Ziemi nic ostatnio nie wybuchło ani nie walnęło odczuwalnie w skali globu, żaden superwulkan ani meteor, ani nawet kometa, więc nie ma innego uzasadnienia dla tak radykalnego przyspieszenia ocieplania klimatu, że dosłownie na naszych oczach znikają z powierzchni Ziemi miliardy ton lodu, co wymaga niewiarygodnie wielkich ilości ciepła, a przecież Słońce jest wyjątkowo mało aktywne od parunastu lat. Co zatem roztapia alpejski lód? Dlaczego pozostające w górach lodowce - niegdysiejsze połyskujące światłem brylanty Alp - widziane z pewnej odległości dzisiaj, mają odcień barwy roztopowego śniegu w marcu w moim ogródku w Polsce? Dlaczego alpejski śnieg na 4 tys. m n.p.m., konsystencją i odcieniem przypomina chodnik zimą w Katowicach, po posypaniu go solą? Smutne wrażenie robią Alpy - czarne, bezśnieżne, bardziej przypominające Mięguszowiecki latem, niż to, co pamiętam ze zdjęć alpejskich olbrzymów, oglądanych w dzieciństwie, a nawet jeszcze 15-20 lat temu, na żywo.
Droga Mleczna nad Matterhornem
Wróćmy jednak do Matterhornu - góry niezwykłej. Postanowiłem w tym roku odwiedzić podwórko giganta - rejon jego zachodniej ściany. To właśnie tam widać całą jego potęgę. Rejon najmniej popularny wśród turystów, gdyż dość odległy i trochę trudno dostępny, jeszcze niedawno wymagający kondycyjnie i technicznie, nawet na poziomie spacerowo-turystycznym. Co prawda są tam schroniska CAS, ale trzeba się trochę wysilić, żeby do nich dotrzeć. No i właśnie teraz, po wielu latach od mojej pierwszej wizyty w rejonie Zermatt, przyszła kolej na
 zaplecze Matterhornu, z ambitnym zamiarem przekroczenia odnogi zanikającego lodowca Z'Mutt i przetrawersowania skalnym terenem jak najdalej na zachód, żeby zrobić fajne, frontalne zdjęcia ściany zachodniej. Na najświeższych zdjęciach satelitarnych wszystko wyglądało całkiem przyzwoicie, wyruszyłem w drogę pełen optymizmu, z gotowym planem fotograficznym w głowie. Co tam - myślę sobie - przekroczenie kilkudziesięciu metrów w poprzek lodowczyka, całkowicie zasypanego skalnym rumoszem (debris) to będzie pikuś, a spod stoku, albo nawet z grani jakiejś skalnej grzędy po drugiej stronie, będę miał świetny wgląd w kocioł Tiefmattengletscher i na cały obszar zachodniej ściany Matta. Jednak rzeczywistość bardzo mocno mnie otrzeźwiła. Pierwotny zamiar przetrawersowania z moreny  poprzez lodowczyk, ku podstawie grzędy skalnej naprzeciwko, okazał się niewykonalny w pojedynkę i to z dwóch powodów. Po pierwsze, morena jest sypka i bardzo niestabilna, ma konsystencję świeżego żwirowiska i nawet chodzenie po jej górnej krawędzi jest niepewne, gdyż ścieżka tamtędy wiodąca co kilkadziesiąt metrów znika, przerwana świeżym obrywem i trzeba trawersować niżej. Wyraźnie widać to na ostatnim zdjęciu.
Odnoga lodowca Z'Mutt, którą chciałem przejść w poprzek
Po drugie, sam lodowczyk, dokumentnie zasypany kamieniami (debris) jest spękany i zdradliwy, nikt nie wie, co jest pod butami, co kawałek spod kamieni i lodu widać jeziorka o nieznanej głębokości. Ten stan rzeczy obrazuje zdjęcie po prawej stronie. Musiałem zatem zaniechać ambitnego zamiaru podejścia dalej na zachód (czyli na prawo, na zdjęciu po lewej) i zadowolić się stanowiskiem fotograficznym na morenie bocznej, w miejscu, do którego można było dojść solo, bez naruszania elementarnych zasad zdrowego rozsądku.
Szczeliny i rozpadliny z jeziorkami na odnodze lodowca Z'Mutt
W ten oto sposób dotarłem do wymarzonego miejsca, z którego widać zachodnią ścianę Matterhornu, aczkolwiek - pod pewnym kątem, nie na wprost. Bez sprzętu i sam, więc pójść dalej raczej się nie dało. Jestem pod wrażeniem potęgi tej góry. O ile powszechnie znane niezliczone zdjęcia od strony północno-wschodniej w szczególny sposób podkreślają szlachetne piękno Matterhornu, o tyle jego zachodnie otoczenie jest demonstracją potęgi i bardziej surowego piękna tej ogromnej góry. Stojący tuż obok czterotysięcznik Dent d'Herens i pozostałe szczyty grani okalającej zachodni kocioł za Matterhornem, podkreślają jego niezwykłość, formując swoisty orszak tego niezaprzeczalnego króla szwajcarskich Alp.
A może nawet i całych Alp w ogóle.....



Proza życia:
Pierwotny zamysł zdjęciowy, powzięty na podstawie "płaskich" zdjęć satelitarnych: 1 - schronisko Schoenbil, 2 - ostroga grani Z'Mutt, 3 - resztki dolnej części lodowca Z'Mutt, 4 - upatrzone stanowisko fotograficzne, małe kropki - zamierzana trasa, czarne kropki - odcinek, który w realu okazał się nie do przejścia solo, z uwagi na zły stan lodowczyka... Na tym ujęciu już widać, że może być ciężko, niestety w realu okazało się to w ogóle "impossible", jak uznaliśmy ze spotkanym w schronisku alpinistą Gustavem. Ten jeden krótki odcinek, a właściwie, to środkowa czarna kropka. Mimo wszystko jakoś się dało popstrykać po zmianie opcji i zdjęcia zachodniej ściany wzbogaciły moją kolekcję :) Nowej lokalizacji stanowiska foto, na tym zdjęciu nie widać

Część III: Co dalej z lodowcami?

Żyjemy w dziwnym świecie. W świecie, który na naszych oczach w ekspresowym tempie zmienia swój klimat i to za naszą przyczyną. Na nic zda się rozpaczliwe zaprzeczanie faktom przez rozmaitych naukowych denialistów i cynicznych lub niedoinformowanych polityków.

dolina Zermatt 2000
Ogrzewamy naszą planetę i na własne życzenie pakujemy się w kłopoty zdrowotne, gospodarcze i polityczne. Są jeszcze miejsca na planecie, w których proces negatywnej modyfikacji środowiska przebiega wolniej, niż w innych rejonach, ale jest tych obszarów coraz mniej, natomiast coraz więcej jest obszarów, w których opłakane rezultaty "efektu cieplarnianego" przyspieszają lawinowo. 
dolina Zermatt 2016

Doszło do tego, że w bliskim mi emocjonalnie świecie aktywności górskiej, jedyny obszar, który jako tako opiera się zmianie klimatu - łańcuch Karakorum, dzięki własnemu lokalnemu klimatowi, osiągnął stan, nazywany "anomalią Karakorum" (The Karakoram Anomaly). Ostatnie (jeszcze) miejsce, które ma siłę utrzymywać swój klimat w miarę normalnie, tak, jak przywykliśmy (wszelako - za wyjątkiem rejonu górnego lodowca Baltoro!), uznano za "anomalię" na tle świata. Czyli - uznana za "normę", globalna paranoja klimatyczna szybko katapultuje nas wszystkich w nieznane. Już nie ma odwrotu i na dodatek nic nie zapowiada spowolnienia tego procesu, a nawet jest wręcz przeciwnie.
Rok 2000


Rok 2016









Nie zamierzam moralizować, ani opisywać przejawów zjawiska globalnego ocieplenia na całym świecie, bo jest to temat przeogromny. Chciałbym jedynie pokazać kilka małych przykładów, w oparciu o doświadczenia i obserwacje w Alpach szwajcarskich, jaki jest widoczny wpływ tego ocieplenia na niewielki, ale znaczący aspekt środowiska naturalnego - mianowicie na lodowce wysokogórskie.
Jest to zakres na tyle reprezentatywny, że pozwala sformułować wnioski sięgające daleko poza obszar kantonu Valais. Lodowce wysokogórskie pełnią wielorakie funkcje - od estetyczno - krajobrazowych, po strategiczne w zakresie zaopatrzenia w wodę miliardów ludzi. Ich zanik, a nawet znacząca redukcja, oznacza nieuchronne problemy gospodarcze i polityczne, może jeszcze nie w Europie, ale w Azji Środkowej - to już na pewno. To jest tylko kwestia czasu. Chyba, że wydarzy się cud. Albo - co jest bardziej prawdopodobne - globalna katastrofa.
Rok 2016
Rok 2000













Powróćmy jednak do Alp Pennińskich, w rejon mojego ukochanego Matterhornu i spójrzmy na to, co dzieje się z alpejskimi lodowcami.
Naukowcy szacują (wg relacji National Geographic), że Alpy utraciły połowę swoich lodowców w ciągu minionego stulecia, z czego 20% od roku 1980, a lodowce szwajcarskie zmniejszyły się obszarowo o 20% w ciągu ostatnich 15 lat. Krajobrazowo, liczy się pokrywa lodowo-śnieżna, co niekoniecznie jest tożsame z lodowcami "poprawnymi" definicyjnie (w praktyce >30 m grubości). Tak, czy owak, wg http://ziemianarozdrozu.pl/ "dane NASA wskazują, że prawdopodobieństwo tego, że rok 2016 będzie kolejnym najcieplejszym rokiem w historii pomiarów wynosi 99%". I to się powtarza z roku na rok. Więc lody i śniegi znikają.
Rok 2016
Rok 2000
Szwajcarzy inwestują ogromne pieniądze w rozbudowę infrastruktury narciarskiej. Nie ukrywam, że w moich oczach jest to dewastacja krajobrazu na gigantyczną skalę, ale z drugiej strony - należy to zrozumieć, bo przecież muszą z czegoś żyć, a turystyka i sporty zimowe, to ich bardzo znaczące źródło dochodów. Znajoma pracująca w Zermatt, a mieszkająca w miejscowości Randa, powiedziała mi przed paroma dniami, że w tym roku, po raz pierwszy w jej życiu (a ma dorosłe dzieci), w Sylwestra w Zermatt w ogóle nie było śniegu.  Skądinąd wiem, że potem sytuacja poprawiła się na tyle, że można było szusować do woli w całym rejonie od Matterhornu po Monte Rosę, ale świeże śniegi stopniały, a zaraz po nich - kolejna część "wiecznych" śniegów. Trochę zaniepokoił mnie tegoroczny widok licznych armatek śnieżnych czekających na sezon. Sztuczne naśnieżanie w tym miejscu? Dziwne...

Od razu po wyjściu z pociągu, po pierwszym spojrzeniu w górę, w stronę Klein Matterhornu i Breithornu (czterotysięcznik) natychmiast rzuciło mi się w oczy niepokojące szarawe zabarwienie śniegów, które jeszcze tam pozostają. Kiedyś, jeszcze kilkanaście lat temu, lodowce alpejskie błyszczały niczym brylanty w koronie alpejskich szczytów, w słońcu i na tle błękitnego nieba, były niezmiernie piękne. No cóż, niestety - tegoroczny widok odkrytych płatów lodowcowych, nielicznych zresztą, już nie zachwyca tak, jak kiedyś. Śnieg jest szary i z daleka widać, że ciężki, mokry i matowy.
bezśnieżny Grossshorn, 2016 (duży zoom), daleko - Jungfrau
Monte Rosa i Lyskamm, 2000, widok z Hoernli

W wielu miejscach nie błyszczy w słońcu, raczej przypomina wyglądem roztopową breję w moim ogródku w Polsce, wiosną. Trudno tego nie zauważyć, po kilkuletniej przerwie, kiedy ma się skokowe porównanie z tym, co pozostało w pamięci z poprzedniego pobytu w Zermatt. Owszem, są jeszcze całkiem liczne miejsca, w których jest prawie tak, jak dawniej, ale to nie zmienia faktu, że ogólna tendencja do zanikania pokrywy śnieżnej i lodowej jest oczywista, a proces degradacji przebiega szybko, choć nierównomiernie. Szarawy śnieg ma niskie albedo i pochłania dużo więcej ciepła słonecznego, dlatego jego topnienie przebiega znacznie szybciej.  
Dolina Zermatt, 2016

O bardziej szczegółowych aspektach fizycznych i mechanizmach tego zjawiska pisałem niedawno w kilku postach na moim blogu i w innych miejscach, przedstawiłem też linki do literatury specjalistycznej, więc nie ma sensu się powtarzać, toteż w tym wpisie ograniczę się do pokazania kilku zdjęć z rejonu Zermatt, które wykonałem w odstępie 16 lat. Starsze zdjęcia pochodzą z lipca i z  września 2000 roku, a nowsze z września 2016 roku. Wrzesień jest najlepszym miesiącem do tego typu porównań, ponieważ pogoda jest piękna i pewna, a góry są wtedy definitywnie pozbawione śniegu z poprzedniego sezonu, widać wyłącznie tzw. "wieczne" śniegi, które w istocie ani trochę nie są "wieczne". Niebawem może spaść świeży śnieg (co zresztą wcale nie jest takie pewne) i potem wszelkie porównania będą bardzo utrudnione.
A tak przy okazji: bardziej lubię fotografię analogową od cyfrowej. No cóż, postępu nie da się powstrzymać...
Jeszcze raz dolina Zermatt, 2000


Dolina po zanikającym lodowcu Z'Mutt, z dnem pokrytym resztkami lodowca i jeziorkami, całkowicie zasypana rumoszem skalnym (debris), turystycznie - bardzo niebezpieczne miejsce, 2016 r.

Kopuła szczytowa Breithorn, od południa, zdj. na wys. 3890 m npm. Ten ogromny lodowiec jest w dość dobrym stanie, chociaż pewne oznaki jego degradacji można zauważyć. Póki co, szczyt jest tędy dostępny bez problemu. 




Smutno wyglądają szczyty grupy Mischabel, bez swoich srebrzystych szat. Lodowiec Fee też marnieje w oczach.

2000 r.
Przełączka w grani Hoernli, obecnie i w roku 2000:

od wschodu (2016)

2000 r.
od północy, 2016
Na przełęczy, 2000 r.




















Przełączka pod uskokiem "startowym" w grani Hoernli, dwa ujęcia od strony północnej. Problemem jest tutaj nie tylko powierzchnia, ale również grubość / miąższość warstwy (czyli - ilość) zalegającego tam lodu. To samo zagadnienie dotyczy wszystkich zanikających lodowców - pozornie nieznaczna zmiana powierzchni oznacza niekiedy bardzo istotny zanik ilości zasobów wody.


Ostroga grani Z'Mutt


Świeży, wielotonowy obryw, który powstał na moich oczach, po całej nocnej serii podobnych zdarzeń, których huk mogłem tylko słyszeć


W tym miejscu lodowiec Tiefmatten (1), wypełniający kocioł pod zachodnią ścianą Matta, łączy się lodospadem (2) z zanikającym lodowcem Z'Mutt (3). Tiefmatten jest podminowany ogromnymi grotami lodowymi (4) i pokryty szczelinami. Nie wiem, jak tam było - powiedzmy - 20 lat temu, ale są to oznaki, że ten lodowiec też zaczyna mieć problemy. Jeszcze nieco ośnieżone ściany okalające kocioł Tiefmatten, tworzą formację amfiteatralną i działają jak gigantyczne zwierciadło wklęsłe, przez co zachodnia ściana otrzymuje sporą dawkę radiacji IR, od wschodu do zachodu słońca, pomimo ewidentnie zachodniej wystawy. To zdjęcie zrobiłem wcześnie rano i widać, jak śniegi i lód na stokach masywu Dent d'Herens odbija światło (no i ciepło, czego nie widać) słoneczne w stronę przeciwległych formacji. A nad tym wszystkim wisi - jak miecz Damoklesa - wzbogacone w cieplarniany CO2 (tutaj zapewne powyżej 410 ppm) powietrze - kołderka. No i mamy to, co mamy - wielka szczelina brzeżna pod Testa del Leone i prawie pozbawiona lodu droga Canal Nord delle Col del Leone - wspinaczkowe wejście na przełęcz w grani Lion, na granicy z Włochami - dojście do drogi na Matterhorn, zainicjowanej 150 lat temu przez Johna Tyndalla. Zatoczyliśmy koło. Dziękuję za wspólną podróż.

Oto, co znalazłem w sieci (NSIDC - USA), zdjęcie z 1894 dokładnie z tego miejsca, z którego zrobiłem jedno z moich zdjęć:

Historic photograph of the Matterhorn, Switzerland, 1894
The Matterhorn in Switzerland is a horn carved away by glacial erosion. —Credit: Photograph by Harry Fielding Reid. 1894. Zmutt Glacier: From the Glacier Photograph Collection. Boulder, Colorado USA: National Snow and Ice Data Center. Digital media
źródło zdjęcia


Ten tekst jest podsumowaniem cyklu: matterhorn gora niezwyka
galeria: https://michalpyka.blogspot.com/2016/12/matterhorn-gora-niezwyka-mae.html
(C) Michał Pyka