niedziela, 26 czerwca 2016

Kiedyś.... (4)

Rodzicom

Dom był stary, a widziany oczami siedmiolatka wydawał się ogromny. Wielkie, ciężkie, dwuskrzydłowe ozdobne odrzwia wpuszczały do długiego, wysokosklepionego korytarza, biegnącego na przestrzał ku przeciwległym drzwiom, wiodącym na drewniany ganek i potem do schodków na podwórko ze studnią, poniżej.
Podłoga korytarza była wyłożona płytkami we wzór przypominający kościelne posadzki, a w środku długiej ściany po lewej stronie znajdowały się wysokie, ciężkie drzwi zawieszone nad również wysokim progiem. Wszystko od pierwszego spojrzenia przesycone było fascynującą tajemnicą i zagadką, zapach i klimat tego miejsca na zawsze już będą mi towarzyszyć. Przez owe wielkie drzwi po lewej, wchodziło się na dwubiegowe, skręcające drewniane schody, które skrzypiąc wiodły na tajemnicze piętro, a właściwie - wielki strych, z jednym, wyodrębnionym, mansardowym pokojem. To był nasz pokój. Zapach strychu to zapach starego nagrzanego słońcem drewna i upojna woń siana, zapachy nagromadzone pod skomplikowaną, masywną więźbą, podtrzymującą pradawne dachówki z ceramiki i ozdobioną suszącymi się zawsze ziołami i grzybami. Pokój na piętrze też był długi i wąski, na drugim jego końcu, przeciwległym do wejściowych drzwi było okno, a pod ścianami po bokach stały pojedyncze, wielkie łóżka, ze spiętrzoną, puchową pościelą, obleczoną w nieskazitelnie białe, wykrochmalone i misternie szydełkowane poszwy. Podłoga z surowych desek nakryta prostym, skromnym, typowym chodnikiem utkanym z jakiegoś grubego włókna, nie pamiętam co to było, ale pamiętam tradycyjny góralski wzór, jakim ten chodnik był przyozdobiony. Do tego stół, ciężkie zabytkowe krzesła i trójnóg z miednicą, pod którą stało wiadro i dzban na wodę. To była umywalnia. Spartańskie warunki i czystość, ale właśnie o to chodziło na wakacjach. Dom raczej przypominał mały i skromny dawny dworek, niż wiejski dom w ubogiej beskidzkiej wiosce.
 Okazały, murowany, idealnie symetryczny, dostojnie elegancki i bardzo zagadkowy. Obmurza okien były ozdobione sztukaterią, misterną i jakby z innego świata, dalekiego, nie stamtąd. Zaraz za domem, za podwórkiem bez płotu, zaczynała się olszyna z niewielkim płytkim stawkiem, a za olszyną płynęła Brennica, rwąca, zimna i krystalicznie czysta. W Brennicy roiło się od ryb, zwłaszcza pstrągów, a za rzeką zaczynały się góry.
Najbliżej nas piętrzyły się trzy szczyty, dla nas - dzieci - wielkie i niedostępne, odległe, owiane tajemnicą. Małe góry - Zebrzydka, Wielki Cisowy,
układające się w grzbiet wybiegający z nieodległej Błatniej w kierunku Skoczowa. Przecież to tylko pagórki!... Tak, ale nie wtedy i nie dla nas. Wcześniej widywałem większe góry - Skrzyczne, Baranią, a nawet Pilsko, z bardzo daleka, bo z okolic Jeleśni. Nie wiem dlaczego akurat ten nader skromny zakątek, podsumowany Zebrzydką, tak mocno zadziałał na dziecięcą wyobraźnię. Może to dlatego, że dom w którym kilkakrotnie spędzałem całe dwumiesięczne wakacje i zawarłem pierwsze przyjaźnie z miejscowymi dziećmi, był taki tajemniczy i dostojny? Może to dlatego, że Brennica, w której lodowatej wodzie kąpaliśmy się co chwilę, w zagłębieniu wypłukanym przez rzekę pod progiem regulacyjnym, tworzącym dwumetrowy wodospad, gdzie można było troszkę popływać i gdzie dosłownie ocieraliśmy się co chwila o zabłąkane, zdezorientowane pstrągi, starające się przeskoczyć ów wodospad? Tamte, maleńkie w istocie, beskidzkie górki przepełnione bytami z opowieści moich rówieśniczych przyjaciół, były czymś więcej, niż tylko wyniosłymi kawałkami Beskidów, były mieszkaniem tajemnicy, strzyg, utopców, zmor i innych bajkowych stworów, w których istnienie wtedy jednak trochę się wierzyło. W nocy były straszniejsze, ale też bardziej nęcące, niż w dzień. Ileż to wieczorów do późna błąkaliśmy się przy światełkach latarek po naszej olszynie i wzdłuż Brennicy, próbując wypatrzeć choćby poblask, jaki z pewnością te stworki musiały dawać...
Ileż grzmotów, błyskawic, ulewnych deszczów i silnych beskidzkich wiatrów przeczekaliśmy na pachnącym rozgrzanym drewnem i ziołami strychu, snując opowieści o beskidzkich zjawach i czytając na przemian, a to Morcinka o strzygach, a to Karola Maya - książki o naszym idolu Winnettou i szlachetnym Old Shatterhand'zie. Tak, bez wątpienia Beskidy zapanowały nad moim dzieciństwem, a ten tajemniczy i niezwykle dobry, przesycony ciepłem i gościnnością stary dom pod Zebrzydką, to jest chyba najbardziej wyraziste wspomnienie z tamtych lat.

Tylko ogromna burza, jaką przeżyłem w krzesełku na wyciągu na Skrzyczne, kilka lat wcześniej, jako czterolatek wtulony w ramiona mamy, na krzesełku wiszącym kilka metrów nad ziemią, unieruchomionym - z konieczności - przez obsługę kolejki na czas wyładowań, wryła się w pamięć tak samo mocno, jak tamten dom, olszyna, Brennica i Zebrzydka. Tamta podskrzyczeńska nawałnica to był żywioł, rozgrywający się tuż obok bezradnego dzieciaka wtulonego w kurtkę nieco
przestraszonej mamy. Pamiętam, że się nie bałem. Powiedziałem nawet mamie, że się nie boję, bo jestem z nią. Tak, to pamiętam, nawet kolor mojej kurteczki z kapturkiem na zamek błyskawiczny zapamiętałem. Burzę też. Odległy, ponury masyw Klimczoka i potężne błyski pomiędzy nami a nim. I huk grzmotów przetaczających się w te i wewte przez nagle pociemniałą dolinę Żylicy. Od tamtej pory, już jako dorosły człowiek, przeżyłem w górach wiele burz, niekiedy naprawdę bliskich i niebezpiecznych, jak choćby ta na grani podszczytowej Gerlacha, w zespole związanym mokrą liną, obwieszony szpejem, na nagiej skale, pośród grani bombardowanych błyskawicami, ulewą, gradem i owiewanych lodowato zimną mgłą, wirującą szaleńczo na dzikim wietrze. To nasz przewodnik obawiał się o nas, dla mnie nie było to wiele więcej ponad to, co już kiedyś przeżyłem w wieku czterech lat... W taki sposób to działa. Bądź co bądź niebezpieczna gerlachowa sytuacja, zaskoczenie przez tak gwałtowną niepogodę rozszarpywaną piorunami, w tak eksponowanym miejscu jest groźne, ale nie trzeba od razu bać się ponad miarę.
Wycofaliśmy się w pośpiechu, ale bez paniki, w czeluść Żlebu Batyżowieckiego. Tak, jak tego wymagał zdrowy rozsądek. Emocje – na potem. Dekady wcześniej, drobny czterolatek uwięziony w środku ciemnogranatowej nicości, nad ziemią wraz z mamą, w połowie odcinka z Jaworzyny do dolnej stacji, dobrze to zapamiętał. Zrozumienie przyszło nieco później, wraz z wiekiem, ale przygoda się zapamiętała, a wnioski na przyszłość wyłoniły się same. Wyciąg na Skrzyczne był wtedy nowy, jednomiejscowe krzesełka - nie pamiętam, czy działały tylko na pierwszym odcinku, tym na Jaworzynę, czy już na obydwóch - i tak wystarczył na ciekawą przygodę.
 

Szczyrk był małą, cichą, gościnną wioską, a z polany za leśniczówką widać było ogromny masyw Skrzycznego. Na dwa wakacyjne miesiące uciekaliśmy tam z zakopconych Katowic, które wtedy na chwilę - dla Ślązaków długą jak wieczność - były Stalinogrodem, miastem na kilka lat odartym z tożsamości i historii.  
Szczyrk - leśna, samotna willa -
tutaj nauczyłem się chodzić















To było na tyle dawno, że teraz trudno rozróżnić wspomnienia od wyobrażeń i snów. Jedynie zdjęcia z tamtych lat, robione przez tatę, pozwalają ocalić i jakoś z grubsza uzupełnić oderwane fragmenciki wspomnień. Jednak coś z tamtych kolejnych miesięcy spędzanych w Szczyrku w najwcześniejszym dzieciństwie, pozostało w głowie samoistnie. Mgliste wspomnienie kokluszu, który przeszedłem podczas wyjazdu tam właśnie, w pokoju na poddaszu u górali zaprzyjaźnionych z moimi rodzicami, zapach ziół, którymi leczyła mnie babcia naszej gospodyni, „„do tego tam jakisi jancybiotyka, Pani Pykowo”, a nawet układ sprzętów i kształt okna w tym pokoju.


Eteryczne górskie powietrze i zioła pomogły mi szybko wyjść z tej nieprzyjemnej sytuacji i to wtedy góry po raz pierwszy okazały mi swoją dobroć. Najdalsze wspomnienia, mocno zatarte, ale wspierane opowieściami mamy i zdjęciami taty, to jest właśnie Szczyrk, wpisany między Skrzyczne i Klimczok, kochany, cichy i jedyny, to kamyki wrzucane do Żylicy przez kilkuletnie dziecko w sandałkach, szum wodospadu, burza, koklusz, zioła babci-góralki i okno z widokiem na wielkie góry i na pachnący las.


Kiedy w kilka lat później, ciągle jeszcze jako dziecko, przeczekiwałem kolejne ulewy i dudnienie gromów w nieodległych górach, na bajecznym strychu starego domu opodal Brennicy, w towarzystwie rówieśniczych przyjaciół, opowiadałem im o tej burzowej przygodzie spod Skrzycznego, a mama która czasami do nas zaglądała na ten strych, wszystko potwierdzała. No bo to była prawda. Spod Zebrzydki pod Skrzyczne i do Szczyrku, jest daleko, obojętnie, czy wybierze się pięknie widokową drogę przez Błatnią i Klimczok, czy krótszą i łatwiejszą, ale przez las - przez Karkoszczonkę, to i tak jest to kawał drogi, tak samo wielki, jak względnie wielki był wtedy kawał czasu oddzielający dwa ówczesne dziecięce wspomnienia: przygodę pod Skrzycznem i sierpniowe nawałnice nad Brennicą, na strychu w tajemniczym, starym i miłośnie gościnnym domu pod Zebrzydką, na której mieszkają strzygi i zmory.



Centrum Szczyrku, 1958






A tamte, późniejsze gromienia - na Gerlachu, Suchych Czubach, Jaworzynie Krynickiej, grani Cresta Strenta tuż pod Piz Boé, czy nad Dubraszką, no to już było o całe eony później. W innej rzeczywistości. W zupełnie innej. 


piątek, 24 czerwca 2016

Klimatycznie nawrócony

Cała nauka dzieli się na fizykę i zbieranie znaczków
Sir Ernest Rutherford

Czy taka malutka istotka ludzka może zmieniać klimat na takim Wielkim Globusie? Pytanie chyba dość absurdalne. Zawsze wydawało mi się to mocno wątpliwe. Całkiem poważne Autorytety podzielały to zwątpienie, a niekiedy dość dziwaczna i niezbyt udolna argumentacja wyznawców teorii o antropogenicznym pochodzeniu globalnego ocieplenia raczej śmieszyła, niż skłaniała do refleksji. Co napędza ten kuriozalny ruch społeczny? – zadawałem sobie pytanie. Pewnie kasa. Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Więc często odpytywałem znajomych wyznawców o detale, moim zdaniem kluczowe: a co ze Słońcem, które zasila i napędza to wszystko? gdzie jest miejsce na aktywność słoneczną, na fluktuacje ruchu orbitalnego Ziemi? gdzie wpływ pola magnetycznego Słońca i jego wpływ na infiltrację energii i cząstek z głębokiego kosmosu? a procesy wulkaniczne? a wietrzenie skał? a wymiana gazowa oceany - atmosfera? gdzie jest równanie opisujące efekt cieplarniany w funkcji stężenia CO2 w atmosferze? ale takie równanie na serio – napisane z poszanowaniem dla dokonań Stefana-Boltzmana i Plancka? Jak w tym świetle i skali wygląda prosty bilans energii i substancji w obrębie globu i wymiany energii z kosmosem? Dlaczego CO2? Jasne - to gaz wieloatomowy, więc absorbuje energię promienistą, ale nie jest tutaj nowy - był tu zawsze, więc skąd nagle takie przyspieszenie zmian? A gdzie klimatyczna cykliczność naturalna? Dlaczego udajecie, że nie widzicie upalnej starożytności z czasów rzymskich, optimum średniowiecznego i Minimum Maundera? Jak robicie pomiary? Gdzie wetknęliście termometr globusa? Jak gęsta jest siatka pomiarowa i na ile reprezentatywna? Co was uprawnia do konkluzji o zasięgu globalnym, wynikających z tych paru termometrów rozstawionych tu i ówdzie? kto i w jaki sposób uśrednia i homogenizuje roztrzepane wyniki pomiarów ze stacji bezładnie rozrzuconych po globusie? Przecież statystycznie można udowodnić wszystko. Wystarczy dobrać współczynniki, poziom ufności, sprytny model korelacyjny - i po problemie.

Przez lata nie mogłem się doprosić o sensowne odpowiedzi, a pytań przybywało. Autorytety nie zostawiały suchej nitki na całej karkołomnej hipotezie globalnego ocieplenia antropogenicznego i ów stan negacji gdzie niegdzie trwa nadal. Co więcej – Autorytety powołując się na siebie wzajemnie ciągle ogłaszają, że tak, jak one - uważa większość, zapominając najwyraźniej, że prawa fizyki nie podlegają regułom demokracji, a zwykle naukę popychali do przodu samotni kontestatorzy, nierzadko prześladowani przez wszystkowiedzącą większość.

Nie podobało mi się to wszystko, ale jeszcze bardziej irytował mnie niedosyt informacji o fizyce procesu, o prostym bilansie energii: "wlata-wylata-zostaje". W efekcie hipoteza o antropogenicznym globalnym ociepleniu nie przekonywała, pomimo kuszącej chęci pójścia pod prąd samozwańczej - wówczas - większości.

A potem - przez przypadek - wpadła mi w ręce książka Marcina Popkiewicza "Świat na rozdrożu". Przed lekturą pomyślałem sobie: no, Kolego, teraz Cię rozwałkuję. Jednak potem, to była krótka piłka: kilka zarwanych nocy, lekki bezdech i ogromne zaskoczenie. Na szczęście mamy Facebook. Odnalazłem Autora i zasypałem pytaniami. No i po latach trafiła kosa na kamień. Riposty Marcina były celne i raczej trudne do dalszego wałkowania. Za karę dostałem do przeczytania książkę Davida Archera o globalnym ociepleniu i z jej kart przemówiło językiem, który rozumiem: językiem termodynamiki, fizyki molekuł i obliczeń. Wykresami i modelami. Wyraźnym przedstawieniem graficznym pasma absorpcji promieniowania podczerwonego przez konkretne wiązania węglowo-tlenowe, które ulegają rozciąganiu i magazynują w ten sposób energię określonego pasma IR i wiązania wodorowo-tlenowe, które ulegają zginaniu pod wpływem energii innego pasma IR, również zatrzymując w ten sposób energię, niczym maleńkie sprężynki. Ponieważ elementarne pierwsze prawo termodynamiki wymaga, aby ilość energii dostarczonej była równa ilości energii oddanej i energii uwięzionej razem, więc Ziemia, żeby wysłać w kosmos odpowiednią porcję energii, podnosi swoją temperaturę, a do emisji w kosmos wykorzystuje pasma IR wciśnięte pomiędzy okienkami absorpcyjnymi dwutlenku węgla, metanu i pary wodnej. To bardzo skrótowy opis, gdyż choćby rola pary wodnej w atmosferze jest znacznie bardziej złożona i złowieszcza. To wszystko skłoniło do przemyśleń – oto pojawił się czytelny opis fizyki zjawiska, a moje niedowiarstwo niespodziewanie przybrało gombrowiczowską gębę niedouczenia...

Jednak przedtem, jeszcze w książce Marcina, zobaczyłem wykres, który spowodował pierwsze solidne pękniecie w niezachwianej dotąd pewności o globalnym bluffie i w rezultacie skłonił do lektury Archera: wykres składu procentowego izotopów węgla 12C i 13C w atmosferycznym CO2. Wykres ten, nałożony na wykres stężenia CO2 i na wykres średniej temperatury globalnej, który to wykres zresztą sam w sobie nadal budził poważne wątpliwości natury stochastycznej. Jednak - niezupełnie w tym rzecz. Uważałem bowiem, że najsłabszymi ogniwami dowodowymi hipotezy o antropogenicznym pochodzeniu ocieplenia są: średnia temperatura globalna (no bo co to niby takiego - i ile w tym czymś jest naszego udziału?) i to, że błąd pomiarowy tej dziwnej temperatury, przy takim jak obecny systemie pomiarowym, jest prawdopodobnie większy, niż wartość mierzona - czyli niż przyrost temperatury globalnej, a ściślej - większy, niż jego składowa antropogeniczna (o ile takowa istnieje!). No bo przecież to, że się ociepla, to jedna sprawa , a to, czy to my docieplamy - druga. Tak uważa większość adwersarzy - sceptyków. Też tak uważałem. I zapewne takie rozumowanie byłoby całkiem zasadne, ale w laboratorium. W skali globu – niekoniecznie. Ponadto – mierzymy nie tyle same temperatury miejscowe, co ich przyrosty w siatce pomiarowej. A to zmienia skalę problemu statystycznego. Ujawnia się bowiem mechanizm dźwigniowy, uchwytny pomiarowo, który jest impulsem, niewielkim w skali globu, ale uruchamiającym efekt domina. Z lektury książki Archera dowiedziałem się, że najczulszym klimatycznie miejscem globu jest 65 równoleżnik północny. Puzzle powoli zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Z chaotycznej i niudolnej argumentacji wyznawców, z jaką spotykałem się wcześniej, wymieszanej z ostrą polemiką adwersarzy, nierzadko nasyconej inwektywami, zaczął się wyłaniać spójny obraz całości. Powiedzmy sobie od razu: nikt nie ma 100%-wej pewności co do słuszności tej hipotezy, gdyż dość podobne zwariowane skoki temperatury już się zdarzały, np. w triasie, a ich przyczyna pozostaje nieznana. W nauce niewiele rzeczy jest absolutnie pewnych, ośmielam się nawet zaryzykować twierdzenie, że nic nie jest absolutnie pewne, o czym najdobitniej mówią fundamenty mechaniki kwantowej, czyli jeden wielki rachunek prawdopodobieństwa.

Mimo wszystko, poskładanie na jednej planszy wszystkich puzzli, zarówno tych luźnych, jak i tych lepiej dopasowanych, dało całkiem ładną układankę, której prawdopodobieństwo trafności oceniam spokojnie na 99%. Mowa o antropogenicznym dźwigniowaniu globalnych zmian klimatycznych. Dla uproszczenia pieszczotliwie nazywanym antropogenicznym globalnym ociepleniem.

Sporą dawkę adrenaliny zapewniła też wydana w roku 2009 książka „Principles of Planetary Climate”, którą napisał R. T. Pierrehumbert. To kompendium informacji, które mocno osłabiają wątpliwości propagowane przez sceptyków. Bardzo mocno.

Rzetelny spektakl, w którym dba się o dramaturgię, ma swoje gwoździe programu. A zatem, co my tu mamy:... nieoczekiwana zamiana miejsc: 12C i 13C w atmosferze, pasma absorpcji podczerwieni przez gazy cieplarniane, zgodnie z prawami Stefana-Boltzmana idealnie pasujące do przedmiotowej i kontrowersyjnej hipotezy i kompensacja ich działania, przez podniesienie temperatury globu po to, żeby sprostać termodynamice, brak oznak zapowiadanego jeszcze w latach 50/60-tych ochłodzenia klimatu – pomimo cyklicznej obecnie niekorzystnej konfiguracji naszego globu wobec Słońca, zamieszanie lodowcowe w okolicach 65 N, podtapianie od spodu lodowców szelfowych Antarktyki spowodowane nadmiernym dopływem wody cieplejszej, niż przewiduje ziemski zegar klimatyczny, mierzalne z satelitów zachwiania emisji IR z wyższych warstw atmosfery - też będące odpowiedzią na zachowanie się atmosfery niżej, no i wreszcie - to, że właśnie przekroczyliśmy stężenie 406 ppm CO2, największe stężenie atmosferyczne tego gazu od milionów lat - przypomnijmy - 406 ppm CO2 zawierającego prawie wyłącznie izotop 12C - czyli węgiel pochodzenia organicznego, czyli ze spalania paliw kopalnych, to wszystko razem zaczyna się układać w logiczną całość. Nie od rzeczy będzie dodać w tym miejscu, że rozważania o odpowiedzi klimatu na wymuszenia radiacyjne i o roli składu atmosfery, zapoczątkował już wielki Jean-Baptiste Joseph Fourier, genialny fizyk – badacz ruchu ciepła – i matematyk, zresztą to właśnie jemu zawdzięczamy odkrycie, a raczej wymyślenie „efektu cieplarnianego”. Nieco później zagadnienie podjął sam John Tyndall, wybitny XIX-wieczny brytyjski (pochodzenia irlandzkiego) fizyk, badacz promieniowania cieplnego, klimatu i lodowców, a do tego, w swoich czasach - równie wybitny alpinista: Pic Tyndall w masywie Matterhornu - na zdjęciu - to jego "zdobycz"!), niezmiernie barwna postać. 

Sporządził on pierwsze tabele obliczeń korelujących temperaturę globalną z zawartością CO2 w atmosferze. Badania Tyndalla nad tymi zjawiskami kontynuowali na przełomie XIX i XX wieku Svante Arrhenius i Knut Ångström. Pierwszy z nich, ekstrapolując tablice Tyndalla i ówczesne wyniki badań składu atmosfery, zapowiedział odczuwalne ocieplenie klimatu, o 2-3 st C, wraz z podwojeniem się stężenia antropogenicznego CO2 co - jak przewidywał ponad 100 lat temu – miało nastąpić za kilkaset lat. Uczony nie przypuszczał wtedy, że wszystko gwałtownie przyspieszy i że już jego prawnuki doczekają pierwszych skutków eksponencjalnego wzrostu stężenia CO2. Albowiem koncentracja CO2 w atmosferze wzrosła w okresie ostatnich, powiedzmy, 200 lat z 275 do ponad 406 ppm obecnie, czyli o blisko połowę wobec stanu wyjściowego. Z tego lwia część - od czasów Arrheniusa! Co gorsza, własna analiza mówi, że wzrost ten następuje eksponencjalnie. Współczynnik korelacji tej aproksymacji jest bliski jedności. A więc żarty się skończyły. Proces gwałtownie przyspiesza. Robi się atmosfera dusznego namiotu. Pogłębiają się okienka absorpcyjne podczerwieni dla CO2 i CH4, i podnosi się poziom radiacji ciepła z Ziemi w kosmos przez sąsiednie, „wolne” okienka radiacyjne. Poziom tej radiacji podnosi się poprzez wzrost temperatury globu, rzecz jasna, bo inaczej się nie da. A zmiany klimatu pędzą znacznie szybciej, niż przewidywały czarne scenariusze jeszcze 10 lat temu. Południowo zachodnie stany USA trapi wieloletnia susza, a huraganów jest coraz więcej i są coraz silniejsze. Znika lądolód Grenlandii. W efekcie, kolejnym - grożącym katastrofą - skutkiem tego procesu, jest powoli narastający proces topnienia wiecznej zmarzliny. Nie wiadomo, czy tutaj już nie przekroczyliśmy punktu krytycznego. A to oznaczałoby lawinowy wzrost emisji organicznego węgla do atmosfery, w postaci metanu, co wepchnie naszą cywilizację na równię pochyłą. Nieodwracalnie.

Jasne, że klimatem rządzi Słońce, nikt nie twierdzi, że nie rządzi, ale Słońce emituje ku nam cały czas prawie tyle samo energii promienistej, wahania jego wydajności energetycznej są relatywnie małe, a obecna odpowiedź Ziemi - zupełnie nieadekwatna. W zasadzie, orbitalnie i solarnie, to powinno się oziębiać. Cykle aktywności słonecznej mierzone ilością plam przekładają się głównie na wahania podaży dla Ziemi energii promieniowania w paśmie UV, co oczywiście ma duże znaczenie dla bilansu energii i klimatu lokalnego (co ciekawe - zwłaszcza w Europie i okolicy, ze względu na cyrkulację syberyjsko - północnoeuropejską), ale nie ma znaczenia dla absorpcji pasma IR przez chłonne wiązania CO2 i H2O obecne w naszej atmosferze. A zatem to my tutaj mamy problem, o plamy na Słońcu bym się nie martwił. No, martwiłbym się ale dużo mniej, niż o tu i teraz. Na razie. O wulkany i transfer ciepła z jądra Ziemi też nie martwiłbym się za bardzo, bo dopływ tego ciepła przelicza się średnio na około 80 mW/m2. To jest o dwa - trzy rzędy wielkości mniej, niż otrzymujemy od Słońca. To nie wystarcza, żeby topić lodowce i wieczną zmarzlinę, ani żeby globalnie (nie lokalnie) zmieniać prądy oceaniczne i podmywać Antarktykę ciepłą wodą.

No więc co jest grane? Można być "klima-sceptykiem" i wątpić we wszystko, ale dobrze jest mieć jakieś fizykalne argumenty na poparcie takiego zwątpienia. Fizykalne, a nie opisowo-polityczne (filatelistyczne).

czwartek, 23 czerwca 2016

Kiedyś.... (6)


Książki. Różne opowieści górskie - beskidzkie, tatrzańskie, alpejskie, himalajskie.... Sensacyjne i refleksyjne, filozoficzne i dokumentalne, mniej lub bardziej wciągające. Mnóstwo książek. Kilka półek ciasno zastawionych woluminami gromadzonymi przez lata. Ze zmiennym zapałem, bo przecież życie ma również swoje inne walory i swoje własne cykle zainteresowań.

"Danuście, za tysiące godzin niepokoju". Taką dedykacją ozdobił swoją wyśmienitą książkę "W burzy i mrozie" Tadeusz Piotrowski. To była pierwsza poważna książka tego rodzaju w mojej kolekcji. Miałem wtedy 22, może 23 lata. Jej przekaz był miażdżący. Stała sobie na półce obok "Serii Tatrzańskiej" Wydawnictwa Literackiego w Krakowie, obok albumów z Beskidów, Tatr i Pienin, współczesnych i antykwarycznych i swoją treścią i formą była zupełnie inna. Potem kolekcja uzupełniała się o kolejne klasyki gatunku – "Niepotrzebne zwycięstwa" Terraya, "Moje góry" Bonattiego i wielu polskich autorów – Janusz Kurczab, Aleksander Lwow, Anna Czerwińska, a dalej - z biegiem lat, pojawiały się coraz młodsze postaci polskich "skalnych i lodowych wojowników".
zdj.: Karol Pyka

Na półce nie zabrakło obydwóch wydań "Mistyki gór" ks. Romana Rogowskiego, chyba mocno niedocenionej w coraz bardziej sekularyzującej się epoce, w jakiej żyjemy. Tak się złożyło, że właśnie ta książka najbardziej mi się przypomniała, kiedy oglądałem zdjęcia tęczowego spektaklu niewiarygodnej gry świateł nad Gaszerbrumami, o którym opowiadała wzruszona Kinga Baranowska na swoich prelekcjach w Zakopanem. Fizyka, czy mistyka? A może rachunek prawdopodobieństwa? Kwantowy świat nieoznaczoności? Aaa, to zależy kto pyta. Bardzo mocno zależy od tego "kto", tak samo jak od tego zależy odpowiedź na pytanie o niewytłumaczalne górskie ocalenia, ostrzeżenia płynące z intuicji albo spoza przestrzeni świadomości, ale też i o niepojęte losy polskich zdobywców Nanda Devi East z 1939 roku. I dziesiątki innych, podobnie niezrozumiałych zdarzeń, groźnych "Dotknięć pustki", o których opowiadały książki z moich półek i uczestnicy tych wydarzeń.


Teraz, całkiem niedawno, w ośrodku  Małe Dolomity, Wielcy tego górskiego świata, spotkali się ze swoją publicznością. Nie było mnie na widowni, więc swoje przemyślenia opieram na zdjęciach i relacjach uczestników. Na kilku zdjęciach zobaczyłem bowiem Panią Danutę Piotrowską, ową "Danuśkę" z dedykacji, dla której "tysiące godzin niepokoju" zakończyły się tragiczną wieścią o losie Męża... Historia wypadku Tadeusza Piotrowskiego przypomina szekspirowska tragedię. Prawie równoczesna utrata obydwóch raków w okropnych warunkach zejścia z K2, musi wywołać dreszcz u najbardziej zagorzałych agnostyków. Ktoś, kto czytał książki Piotrowskiego pamięta scenę, w której Autor opisuje swój upadek, chyba w masywie Mt Blanc, słowami: "lecę głową w dół!!". Cytuję wszystko z pamięci, więc może było troszkę mniej dosłownie. Tamta późniejsza katastrofa na K2 dziwnie wpisała się we wrażenie jakie niosła ze sobą wspomniana książka, a w niej opowieści z pierwszych zimowych przejść filara Kazalnicy, Wielkiego Filara Narożnego Mt Blanc i ściany Trollvegen w Norwegii. Jakby tego było mało, w marcu byłem na Przeglądzie Filmów Górskich w Katowickim kinie Rialto i obejrzałem dramatyczną relację spod K2, film który nakręciła Eliza Kubarska, pt. "K2. Dotknąć nieba." O śmierci Piotrowskiego, z ekranu kina Rialto opowiadał - Jerzy Kukuczka. Tak, kolejny nieżyjący bohater ponadpokoleniowy, ongiś mieszkający w Katowicach. Film „K2.Touching The Sky“ robi zasłużoną furorę za granicą, a w moich oczach jest wstrząsającym i smutnym podsumowaniem losów autorów i bohaterów książek, które przed laty czytałem z młodzieńczym zapałem. I jest niezwykle wyraźnym pytaniem o sens i podłoże działalności wysokogórskiej, która zachwyca i przeraża, zniewala i wyzwala, jednym życie odbiera, a innym wznosi i ubogaca. O okolicznościach śmierci Kukuczki, w Klubie Podróżników Namaste, opowiadał z kolei jej naoczny świadek, Ryszard Jan Pawłowski, też katowiczanin z wyboru, pięciokrotny zdobywca Everestu i autor wielu niewyobrażalnych osiągnięć w górach wysokich. Ryszard też był na spotkaniu w Małych Dolomitach, ze zdjęć widzę, że z Krzysztofem Wielickim i innymi legendami tamtych lat i czasów obecnych.
Po latach przerwy wróciłem do kolekcjonowania książek moich bohaterów. Czas zatoczył magiczne koło. Pojawił się internet i Facebook, doszło do tego, że z tymi wielkimi i niegdyś odległymi Postaciami można po prostu porozmawiać. Dla młodych – to zupełna normalka, ale dla starszawych fanów od dziesięcioleci, takich jak ja – to jest swoiste, świeckie, czy raczej technologiczne objawienie. Wśród starych książek jest dużo o Wandzie Rutkiewicz, legendzie kobiecego himalaizmu, w pewnym sensie można by rzec - kultowo równej Kukuczce. O Wandzie Rutkiewicz, której Jej następczyni w polskim himalaizmie kobiecym – Kinga Baranowska - dedykowała swoje wejście na Kangczendzongę – ostatnie wyzwanie podjęte przez Wandę, wyzwanie, któremu Ona już nie podołała. Prawie ćwierć wieku temu. I tak oto dzisiejsze pokolenie zdobywców nawiązuje do heroizmu ówczesnego pokolenia polskich Ludzi gór Złotego Okresu. Takich odniesień jest znacznie więcej. Kolejne książki niegdysiejszych pionierskich zdobywców – autorów takich, jak Aleksander Lwow, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, ciągle super-aktywny Ryszard Jan Pawłowski, utytułowany Piotr Pustelnik i inni. Nie wszystko jest przeszłością. Życie nie znosi próżni. Tyle, że środki przekazu też ewoluują. Książki powoli ustępują miejsca o wiele szybszemu internetowi, a widoki i relacje z miejsc, które niegdyś leżały po drugiej stronie granic Baśni, można sobie oglądać w domu, na żywo, przez webcam czy GoPro. Można podglądnąć, jak Janusz Gołąb łoi "na żywca" drogę 5.10 w Patagonii, można wejść na K2 z Dariuszem Załuskim i Gerlinde Kaltenbrunner, można zjechać na nartach z Broad Peak albo spojrzeć z góry na Makalu, stojąc na Dachu Świata. Jasne, że nie osobiście. Ale coż z tego – przecież w tamtych, odległych latach, byle fotka zrobiona Smieną na ośmiotysięczniku miała posmak rewelacji. 

Jedno, czego mi coraz bardziej brakuje pośród mnogości opisów zdarzeń sportowych, to ów zapominany pierwiastek mistyczny, jakkolwiek by go nazywać lub rozumieć. Film, który nakręciła Eliza Kubarska i zdjęcia, których autorką jest Kinga Baranowska, ujęte pod G II, są tutaj wybitnymi wyjątkami, są pytaniami o nadrealistyczny, ponadczasowy wymiar górskich zmagań. O ten wymiar, który zdecydowanie przerasta to "coś", z którym bezlitośnie rozprawia się w swojej książce „Chiński Maharadża“  Wojtek Kurtyka i czemu nadaje tam miano "cyfry". Obsesyjny pęd za wynikiem.