czwartek, 11 sierpnia 2016

Kiedyś.... (3)

To jest bardzo krótki szlak, zaledwie około 45 minut przewodnikowo. Odkąd odkryłem go dla siebie, chyba w 1977 roku, od razu stał się moim ulubionym zakątkiem w Beskidach. Na swej niepozornej rozciągłości, mieści wszystko, co lubię w tych górach. Piękne widoki, pachnące romantyzmem przedzieranie się przez kosówkę, spacer po skalnych stopniach, wrzosy, przekorna czerwień kiści jarzębiny pośród wszystkich odcieni zieleni wokoło, obfitość odurzającej swoją wonią wszędobylskiej sosnowej krzewiny, a w nagrodę, wyżej, niepowtarzalne spojrzenie na majestat Babiej Góry. Chyba nigdy nie przeszedłem go w przewodnikowym czasie. Nie da się.

Co krok albo dwa, trzeba się zatrzymać i kontemplować kolejną odsłonę otoczenia, sąsiednich gór i dolin.
Co kilka metrów - nieco inna perspektywa, coraz szersze i bardziej urozmaicone panoramy, z każdym krokiem - piękniej. Z tunelu kosodrzewiny poprzerastanej niewysokimi świerkami, skąd widać tylko kawałek nieba, stromą ścieżkę przed oczami i najbliższe rośliny, powoli wychodzi się na coraz bardziej otwartą przestrzeń, w scenerię z każdym kolejnym krokiem bogatszą we wrażenia i jaśniejszą. Od pewnego miejsca, pomiędzy poszarpanymi wiatrem i przerzedzonymi przez śnieg i mrozy gałęziami ostatnich na tej wysokości świerków, ponad zielonym i gęstym
 iglastym dywanem, zaczyna pojawiać się wyniosły masyw Babiej Góry. Od tej chwili będzie nam towarzyszyć aż do końca spaceru, aż na wierzchołek Pilska, coraz wydatniej podkreślając swoje panowanie nad Beskidami.
Niepostrzeżenie, kawałek wyżej, zdobywcza sosna górska nagle ustępuje trochę miejsca głazom, skalnym płytom i wrzosowisku. To jest dziwne miejsce. Piękne, ale naznaczone smutkiem wtulonej w ciemnozielone drzewiny, mogiły młodziutkiego żołnierza, który na tym odrealnionym skrawku ziemi poległ na samym początku wojny. Smutne, tutaj jakby dysonansowe echo, cichnąc
wybrzmiewające z odległej przeszłości i refleksja o surrealizmie ludzkich losów, rodząca pytania: jak to się mogło stać? tu? kto? skąd? dlaczego? po co to wszystko wtedy było? i jeszcze przez tyle lat potem?
Znów odwracamy wzrok w kierunku Babiej. Jej dumna i niepokojąca sylwetka wraz z Małą Babią i niepozorną z tej perspektywy Mędralową, zupełnie dominują nad wschodnim horyzontem. W dolinie opodal powoli pojawia się zarys odległych gór, skąd już za chwilę wyłonią się Tatry, jak tylko chmury się rozstąpią i jak podejdziemy jeszcze kawałek. Wrzosowiska pobędą z nami jeszcze trochę, ale wkrótce potem magicznym korytarzem pośród zwartych iglastych ścian, dobrniemy dalej, wznosząc się powoli coraz wyżej, w kierunku rozleglej kulminacji Pilska.

Ociosy iglastego kuluaru są tutaj wysokie, wyższe od nas - gości z dolin, odwiedzających to miejsce, ale im dalej kluczymy wśród ich ciemnozielonej gęstwiny i podchodzimy wyżej, tak nad wschodnim horyzontem ukazują się szczyty Tatr, Morze Orawskie, a z drugiej strony -  pasma Wielkiej Raczy, Rycerzowej i cały bajeczny beskidzki górski światek Słowacji. Wzrok sięga nawet do dalekich gór Czech. Właściwie, to mój ulubiony zakątek tutaj się kończy, gdyż docieramy do czarnego szlaku, skąd już tylko kawałek na polski wierzchołek. A tam - to już zaczyna się trochę inna historia. Jak dla mnie - niesłyszalna muzyka góry zmienia tonację.

P.S.: Zapraszam do lektury posta: Kopernik, Tyndall, lodowce i Matterhorn




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kiedyś.... (2)

Basi, za czarowne zdjęcia na naszej wystawie.


Jest jakaś bardzo daleka analogia między wapiennymi zerwami Czerwonych Wierchów po zachodniej stronie Liliowego i granitowymi krzesanymi ścianami Świnicy i Niebieskiej Grani, po stronie wchodniej, a wyniesionym tytanicznymi siłami dnem praoceanu, zwieńczonym Everestem i wykrystalizowanymi w tektonicznym tyglu, a wreszcie z granitowymi i gnejsowymi formacjami wokół Baltoro i K2, na drugim końcu tamtego niezwykłego miejsca na Ziemi. Bo niby cóż wspólnego mogą mieć azjatyckie giganty z „najniższymi z wysokich gór świata”? Owszem, mogą. Niebo, pod którym stoją i na którego tle prezentują swoją okazałość, każde z nich w swojej własnej skali. Skyline. I powietrze które orzeźwiają chłodem swoich skał i lodu. I gwiazdy, ku którym kierują nasz wzrok, każdemu według wyobraźni. I Słońce, którego coraz bardziej więzione w ziemskim środowisku ciepło ma też narastający wpływ na to, co się w nich dzieje. Zwłaszcza w tych górach naprawdę najwyższych. Tam, gdzie rozzuchwalony prąd strumieniowy wypędza z gór najlepszych i najwytrwalszych himalaistów. Tam, gdzie zanikające lodowce przemieniają się w mordercze lawiny i w siatkę podstępnych i coraz większych szczelin, a odsłonięte spod lodu, spękane pod wiekowym uciskiem skały lecą w dół. Tam, gdzie uwalniana spod ciężaru lodu skorupa ziemska zaczyna drżeć, wysyłając zabójcze sygnały ku groźniejszym uskokom, biegnącym niżej, pod dolinami, a więc głęboko pod sadybami ludzi.


Jest we mnie jakaś dziwna, nieodparta i przekorna pokusa, żeby internetowo zderzyć swoje stare, wyblakłe i zakurzone tatrzańskie przeźrocza, z supernowoczesnymi zdjęciami z nasłonecznionych megaścian Karakorum i Himalajów, z tymi nowymi zdjęciami robionymi przez wielkich skalnych wojowników, czy to z ręki, czy z dronów lub innych gadżetów. To jest taka forma przekory fotoamatora starej daty, wielbiciela polskich gór, podziwiającego – owszem - dokonania wysokogórskich wyczynowców i widoki, które nie każdemu są dostępne, w kontrapunkcie do powoli zadeptywanej finezji Tatr. Ilekroć oglądam w internecie kolejne, coraz bardziej niewiarygodne zdjęcia z gór, których nigdy nie widziałem i nie zobaczę, a przyznaję, że niektóre dzieła fotografii są genialne, tym bardziej ciągnie z powrotem na Liliowe, na Kozi Wierch, czy nad Staw Smreczyński, do skałek Jury, a nawet na Pilsko, Babią, czy na Stożek w Beskidach, choćby po to, żeby przekonać się, że okruchy serca które tam zostawiłem
 przed dekadami, nadal tam są. Żeby teraźniejsza łatwość obcowania z obrazami z innych stron świata nie wyrwała nas z korzeniami z tych miejsc, którym aż tak wiele zawdzięczamy - całe nasze pokolenie, ale również i dzisiejsze młode pokolenie.

Z Przełęczy Liliowe jawi się taka geo-subminatura, zwierciadlane mikroodbicie tamtego dalekiego zderzenia potężnego łańcucha Himalajów i Kakakorum. Nawet życie roślinne w Tatrach układa się trochę podobnie. Skalista pustynia Tatr Wysokich w odrożnieniu od śmielej sobie poczynającej roślinności w łańcuchu zachodnim, gdzie jest więcej życia i gdzie sięga ono wyżej, chociaż wydawałoby się, że wcale nie jest mu tam o wiele łatwiej. Nie chodzi mi zupełnie o wnikliwe analizy geologiczne, czy botaniczne, bo to nie moja bajka. To tylko zwykłe spostrzeżenie starego turysty.


Nam to na razie nie grozi. Ostatnie reliktowe lodowczyki Tatr, jak choćby ten w Bańdziochu, czy pod Bulą, też kiedyś znikną na zawsze, ale nic się z tym nie będzie wiązać. Poza nieznaczną zmianą krajobrazu.
No i te zupełnie różne góry mają jeszcze jedno wspólne – coraz bardziej niepokorną i nieprzewidywalną pogodę. Każdy z tych łańcuchów górskich - w swojej skali. W Tatrach od nagłej niepogody można zmoknąć i się przeziębić, jak ktoś chce – to mocno. Można też oberwać piorunem, pobłądzić, potknąć się albo spaść z lawiną, ale to już trzeba bardzo chcieć i za nic nie słuchać nikogo mądrzejszego. Za to tam, dużo wyżej, gdzie wszystko, co w ruchu, jest nieskończenie bardziej dynamiczne, te same zawirowania pogody mogą zrobić o wiele więcej. Aż do ostateczności. Czy to jest podobieństwo? Owszem, w swojej skali. Proporcjonalne. W takiej samej skali, jaka określa skalę wędrówek po tych dwóch, pod każdym względem odległych światach. Przechodząc Liliowe z zachodu na wschód albo ze wschodu na zachód, zmieniamy scenerię, zmieniamy klimat i doznania. Wchodzimy do innej przestrzeni, udekorowanej innymi skałami i wypełnionej różnymi zapachami powietrza. A jesienią – malowanej barwami o podobnych odcieniach, ale o różnej intensywności. Idziemu ku skałom, lub ku krzewom, prawie że nie zmieniając wysokości. Niepostrzeżenie schodzimy z traw na kamienie, albo odwrotnie. Zmieniamy didaskalia i kontakt z górą. Zawsze tak było. Zawsze był wybór: czy najpierw Stara Robota, czy Kozi? Kominiarski, czy Granaty? Wąwóz Kraków, czy Pusta Dolinka? Ornak, czy Murowaniec? Który świat zwiedzamy w tym sezonie najpierw? Dobrze, ze Tatry dawały i nadal dają taki wybór.