„(...)Cyfra wyróżnia
i zabija przeżywanie jedności. Osamotniony szukałem pociechy w
swojej korzystnej miarce, no i proszę, trafiło się imponujące
cztery. (...) Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą
szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. (...) Oto
krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i
kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i
proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być
sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem.
Oj, Pitełe, oj ślepe,
cyfra jest rydwanem szczurów.”
Wojciech Kurtyka -
„Chiński Maharadża”
Za młodu, czyli pod koniec studiów,
nie traktowałem grawitacji zbyt poważnie. Jak można serio myśleć
o zjawisku, które nawet nie ma przyzwoitej teorii, nie jest
skwantowane i do dzisiaj nikt nie wie skąd się właściwie bierze i
jakim cudem działa. Niestety, dla początkującego amatora przygód
ze skałą, ten fizykalny sceptycyzm dawał niekiedy bolesne
konsekwencje. Kto by się jednak wtedy nad tym zastanawiał. Było to
w czasach, kiedy „sprzęt” robiło się własnoręcznie, co
bardziej zapobiegliwi napaleńcy dysponowali hakami od „Kazia –
mordercy”, ale ja wolałem te własnej roboty. Mimo, że „kaziowe”
były znacznie lepsze i nie wiem skąd się wziął ten krzywdzący
przydomek. Moje haki w działaniu przypominały to coś, czym
Egipcjanie obrabiali bloki na piramidy. W moim miejscu pracy był
spory warsztat, wyposażony w radzieckie obrabiarki z demobilu, więc
ósemkę Fischera też sam sobie pospawałem ze stalowego pręta fi 6
i wypolerowałem spoinę, aż błyszczała. Stalowe, wycofane z
użytku karabinki, kupowaliśmy od zaprzyjaźnionych strażaków,
którzy nazywali te przemyślne urządzenia „zatrzaśnikami”, co
bardzo nas bawiło. Oczywiście zapobiegliwi koledzy mieli przemycone
skądś aluminiowe Cassiny, za to u nas tylko liny były porządne,
bo z fabryki w Bielsku. Uprząż była tylko w formie pasa
piersiowego („kobiety – nad biustem” – tak instruował
poradnik!) oczywiście własnej roboty, uszyta z kawałków liny,
albo z pasów bezpieczeństwa z małego fiata. Magnezji jeszcze wtedy
nie wynaleziono. Do podciągania służyły wyłącznie węzły
Prusika. Wyłączność na jumary - „małpy” - mieli krezusi i
wybitni majsterkowicze.
No cóż, my nie myśleliśmy o
wyczynie i nerwowym zaliczaniu kolejnych „szóstek”, tylko o
zabawie. Takiej, jak swobodny zjazd wzdłuż północnej ściany
| Czubatka |
| Zamek w Ogrodzieńcu-Podzamczu, widok z Czubatki |
Mający konkretne plany wysokogórskie,
ambitni i bardziej biegli w rzemiośle koledzy, haczyli wtedy tuż
obok Wielką Cimę od zachodu, bo wtedy było to chyba VI A4, albo i
lepiej, czysta ślusarka, podciągi na nitach osadzanych w otwory
wykute zębatym ostrzem brutalnie wbijanym w ścianę, celem jej
rozdłubania pod niepewny nit. Na haczyk pod ławeczki z
dupowsporkiem. Nigdy nie odważyłem się na takie ekstremum.
Zresztą, wkrótce przyszło zniechęcenie do niepowstrzymanej pogoni
za „piątkami” i „szóstkami” i do rywalizacji ze znacznie
sprawniejszymi kolegami i z tą całą ich dziwaczną techniką.
| Cimy z Czubatki |
Ślusarka na podzamczańskiej Cimie i
na innych jurajskich ścianach „nie do przejścia”, dla których
zabrakło skali do wyceny, to jest i tak nic, w porównaniu z
bestialskim kompresorem na Fitz Roy w grupie Cerro Torre.....
Ważyłem wtedy połowę tego, co dziś,
więc i ta nieszczęsna, do teraz niewyjaśniona, grawitacja była
łagodniejsza. To było na kilka dekad przed odkryciem bozonu Higgsa,
który – odkąd go odkryto - z upływem czasu coraz bardziej mnie
lubi.
Podlesicki „Ostaniec” był okropną
knajpą, z krzesełkami na rurkowatych cienkich nóżkach bez
podkładek, które przesuwane po kafelkowej podłodze wydawały
piekielny hałas o strasznej częstotliwości. Nieopodal był
przystanek
| Dziewica |
| Kaskady w Podlesicach |
![]() |
| Podlesice 38. W tle - Góra Zborów |
Trochę nieobiektywne i
niesprawiedliwe jest to, co napisałem, więc spieszę dodać, że
teraz Podlesice są moim ulubionym miejscem na Jurze, a w pięknym i
romantycznym pensjonacie Podlesice 38 spędziłem mnóstwo czasu.
Wyruszając stamtąd w skały przed świtem i fotografując gwiazdy
nocami, zrobiłem swoje najlepsze zdjęcia jurajskie.
Podzamcze było cichą wioską,
przycupniętą nieśmiało pod wspaniałym zamczyskiem, z nader
skromnymi domami i gospodarstwami, zamieszkaną przez życzliwych i
gościnnych ludzi. Ponieważ mój pierwszy nauczyciel technik
wspinaczkowych – Jacek – prowadził dziewczęcą drużynę hokeja
na trawie - juniorki, czy jeszcze młodsza kategoria wiekowa - parę
razy wyjeżdżałem z nim, z jego drużyną i paroma mamami do
pomocy, na kilkudniowe zgrupowania do
Podzamcza. Jak dzieci miały
wolne, to zostawialiśmy je z mamami i biegaliśmy się powspinać.
Zresztą, dzieciaki zwykle biegły za nami. Zawsze wydawało mi się,
że czekają, aż spadnę. Za to wieczorem wszyscy graliśmy w
podchody pod samym zamkiem, pomiędzy skałami. Sceneria dość
dreszczowcowa.| Z Jackiem i gromadką dzieciaków |
Tak to się toczy. Cimy w Podzamczu już
dawno są odhaczone i nie wiem, czy ktokolwiek z młodych wspinaczy
dzisiaj pomyśli, że jeszcze „niedawno” były to ściany nie do
przejścia bez nieekologicznych sztuczek technicznych.
| Filar Pokutników, Bolechowice, środkiem ściany biegnie "Chiński maharadża" |
Mimo to, a może właśnie dlatego, to
tamte czasy wydały najlepszych polskich himalaistów i alpinistów
Złotego Okresu, w swoim czasie najbardziej kreatywnych na świecie.
Wszyscy zaczynali, lub przynajmniej bywali, w Podlesiach i w
Podzamczu albo w skałkach podkrakowskich.
W tych samych skałkach, w
których zakiełkowała zmaterializowana po dekadach myśl przewodnia
książki „Chiński maharadża”. I w których został poczęty Złoty Czekan jej Autora.| Widok z Góry Zborów w Podlesicach na skały w Rzędkowicach |
| Podlesice - Filar Wyklętych |
