wtorek, 12 lipca 2016

Kiedyś.... (5)

(...)Cyfra wyróżnia i zabija przeżywanie jedności. Osamotniony szukałem pociechy w swojej korzystnej miarce, no i proszę, trafiło się imponujące cztery. (...) Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. (...) Oto krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem.
Oj, Pitełe, oj ślepe, cyfra jest rydwanem szczurów.”
Wojciech Kurtyka - „Chiński Maharadża



Za młodu, czyli pod koniec studiów, nie traktowałem grawitacji zbyt poważnie. Jak można serio myśleć o zjawisku, które nawet nie ma przyzwoitej teorii, nie jest skwantowane i do dzisiaj nikt nie wie skąd się właściwie bierze i jakim cudem działa. Niestety, dla początkującego amatora przygód ze skałą, ten fizykalny sceptycyzm dawał niekiedy bolesne konsekwencje. Kto by się jednak wtedy nad tym zastanawiał. Było to w czasach, kiedy „sprzęt” robiło się własnoręcznie, co bardziej zapobiegliwi napaleńcy dysponowali hakami od „Kazia – mordercy”, ale ja wolałem te własnej roboty. Mimo, że „kaziowe” były znacznie lepsze i nie wiem skąd się wziął ten krzywdzący przydomek. Moje haki w działaniu przypominały to coś, czym Egipcjanie obrabiali bloki na piramidy. W moim miejscu pracy był spory warsztat, wyposażony w radzieckie obrabiarki z demobilu, więc ósemkę Fischera też sam sobie pospawałem ze stalowego pręta fi 6 i wypolerowałem spoinę, aż błyszczała. Stalowe, wycofane z użytku karabinki, kupowaliśmy od zaprzyjaźnionych strażaków, którzy nazywali te przemyślne urządzenia „zatrzaśnikami”, co bardzo nas bawiło. Oczywiście zapobiegliwi koledzy mieli przemycone skądś aluminiowe Cassiny, za to u nas tylko liny były porządne, bo z fabryki w Bielsku. Uprząż była tylko w formie pasa piersiowego („kobiety – nad biustem” – tak instruował poradnik!) oczywiście własnej roboty, uszyta z kawałków liny, albo z pasów bezpieczeństwa z małego fiata. Magnezji jeszcze wtedy nie wynaleziono. Do podciągania służyły wyłącznie węzły Prusika. Wyłączność na jumary - „małpy” - mieli krezusi i wybitni majsterkowicze.
No cóż, my nie myśleliśmy o wyczynie i nerwowym zaliczaniu kolejnych „szóstek”, tylko o zabawie. Takiej, jak swobodny zjazd wzdłuż północnej ściany
Czubatka
Czubatki w Podzamczu, do dziś nie wiem po co. Przecież nikt z nas nawet nie myślał, żeby choć przewędkować tę ścianę od podstawy, we właściwym kierunku, czyli do góry. No, ale na Czubatce są jakieś solidnie zamocowane resztki fortyfikacji wojennych, chyba gniazda ckm, więc było o co zahaczyć pętlę do zjazdu. Skoro wytrzymało wojnę, to nas też utrzyma. Utrzymało. Byłem na Czubatce trzy lata temu, po bardzo wielu latach przerwy i złapałem się za głowę, kiedy spojrzałem na to całe ustrojstwo z dzisiejszej perspektywy. Na nasze usprawiedliwienie mam to, że jest to najwyższy punkt Jury, a na stanowisko zjazdowe wykorzystaliśmy wtedy również kilka klamek skalnych, na wszelki wypadek. Jakiś instynkt jednak działał.
Zamek w Ogrodzieńcu-Podzamczu,
widok z Czubatki
Mający konkretne plany wysokogórskie, ambitni i bardziej biegli w rzemiośle koledzy, haczyli wtedy tuż obok Wielką Cimę od zachodu, bo wtedy było to chyba VI A4, albo i lepiej, czysta ślusarka, podciągi na nitach osadzanych w otwory wykute zębatym ostrzem brutalnie wbijanym w ścianę, celem jej rozdłubania pod niepewny nit. Na haczyk pod ławeczki z dupowsporkiem. Nigdy nie odważyłem się na takie ekstremum. Zresztą, wkrótce przyszło zniechęcenie do niepowstrzymanej pogoni za „piątkami” i „szóstkami” i do rywalizacji ze znacznie sprawniejszymi kolegami i z tą całą ich dziwaczną techniką.
Cimy z Czubatki
Ślusarka na podzamczańskiej Cimie i na innych jurajskich ścianach „nie do przejścia”, dla których zabrakło skali do wyceny, to jest i tak nic, w porównaniu z bestialskim kompresorem na Fitz Roy w grupie Cerro Torre.....
Ważyłem wtedy połowę tego, co dziś, więc i ta nieszczęsna, do teraz niewyjaśniona, grawitacja była łagodniejsza. To było na kilka dekad przed odkryciem bozonu Higgsa, który – odkąd go odkryto - z upływem czasu coraz bardziej mnie lubi.
Było to w czasach zaledwie o kilka lat późniejszych od okresu, w którym klasyczne standardy w Podlesicach wyznaczali tacy mistrzowie, jak Andrzej Czok na Kaskadach, czy Janusz Skorek na Dziewicy. Sam widok tych dróg przyprawiał o zawrót głowy.

Podlesicki „Ostaniec” był okropną knajpą, z krzesełkami na rurkowatych cienkich nóżkach bez podkładek, które przesuwane po kafelkowej podłodze wydawały piekielny hałas o strasznej częstotliwości. Nieopodal był przystanek
Dziewica
PKS w Podlesicach, na którym w porze powrotu, czyli w niedziele po południu, rozgrywały się dantejskie sceny. Były może dwa kursy do Zawiercia, na PKP, koło 25 km, ciasny jelcz mógł zabrać najwyżej połowę chętnych z przystanku, więc czasami dochodziło nawet do rękoczynów, o ile autobus w ogóle się zatrzymywał, bo już nadjeżdżał niepusty, tak bym to określił. Tak, powrót był najbardziej dramatycznym elementem wyjazdu, nieraz gorszym od najtrudniejszych przejść ścianowych.
Kaskady w Podlesicach
Do czasu, kiedy mój przyjaciel kupił sobie samochód, dwudziestoletni drewniano - tekturowy P-70 (wym.: [pe- zipcych]) z silnikiem syrenki (przeróbka, wypasiony model, z hydraulicznymi hamulcami!!). P-70 to był poprzednik trabanta z NRD (był taki kraj), a w egzemplarzu przyjaciela, w środku kabiny, na drewnianej ramie auta, wyrosła huba, której nie było wolno dotykać, gdyż był to pomnik przyrody. I dowód na jej żywotność. Odkąd weszliśmy w posiadanie tak luksusowego pojazdu, z wyższością popatrywaliśmy na kolegów walczących o miejsce w woniejących amoniakiem i spalinami wnętrznościach jelcza.
Podlesice 38. W tle - Góra Zborów
Trochę nieobiektywne i niesprawiedliwe jest to, co napisałem, więc spieszę dodać, że teraz Podlesice są moim ulubionym miejscem na Jurze, a w pięknym i romantycznym pensjonacie Podlesice 38 spędziłem mnóstwo czasu. Wyruszając stamtąd w skały przed świtem i fotografując gwiazdy nocami, zrobiłem swoje najlepsze zdjęcia jurajskie.
Podzamcze było cichą wioską, przycupniętą nieśmiało pod wspaniałym zamczyskiem, z nader skromnymi domami i gospodarstwami, zamieszkaną przez życzliwych i gościnnych ludzi. Ponieważ mój pierwszy nauczyciel technik wspinaczkowych – Jacek – prowadził dziewczęcą drużynę hokeja na trawie - juniorki, czy jeszcze młodsza kategoria wiekowa - parę razy wyjeżdżałem z nim, z jego drużyną i paroma mamami do pomocy, na kilkudniowe zgrupowania do
 Podzamcza. Jak dzieci miały wolne, to zostawialiśmy je z mamami i biegaliśmy się powspinać. Zresztą, dzieciaki zwykle biegły za nami. Zawsze wydawało mi się, że czekają, aż spadnę. Za to wieczorem wszyscy graliśmy w podchody pod samym zamkiem, pomiędzy skałami. Sceneria dość dreszczowcowa.
Z Jackiem i gromadką dzieciaków
Mieszkaliśmy w stacji turystycznej, tuż pod zamkiem, w warunkach bardzo skromnych, spartańskich i swojskich. Wszystko było z surowego drewna, sienniki leżały na deskach, woda była ze studni, a umeblowanie minimalistyczne, niemal pustelnicze. Ze wzruszeniem wspominam tamten domek, choć teraz, kiedy przechadzam się ulicą Zamkową, to nawet nie pamiętam, który to był. Na ówczesnych polach stoją eleganckie domy, a nieliczne starocie po wyremontowaniu odzyskały swoją świetność. Po paru latach, przypadkiem dowiedziałem się, że ów Jacek, starszy ode mnie o dobre dziesięć lat, na samiutkim początku, na kilka lat przedtem, zanim się poznaliśmy, współdziałał – nie pamiętam, czy jako partner, czy nawet jako harcerski instruktor – z młodziutkim wtedy, ale już obiecującym Jerzym Kukuczką.
Tak to się toczy. Cimy w Podzamczu już dawno są odhaczone i nie wiem, czy ktokolwiek z młodych wspinaczy dzisiaj pomyśli, że jeszcze „niedawno” były to ściany nie do przejścia bez nieekologicznych sztuczek technicznych.
Filar Pokutników, Bolechowice,
środkiem ściany
biegnie "Chiński maharadża"
Mimo to, a może właśnie dlatego, to tamte czasy wydały najlepszych polskich himalaistów i alpinistów Złotego Okresu, w swoim czasie najbardziej kreatywnych na świecie. Wszyscy zaczynali, lub przynajmniej bywali, w Podlesiach i w Podzamczu albo w skałkach podkrakowskich.
W tych samych skałkach, w których zakiełkowała zmaterializowana po dekadach myśl przewodnia książki „Chiński maharadża”. I w których został poczęty Złoty Czekan jej Autora.

Widok z Góry Zborów w Podlesicach
na skały w Rzędkowicach
Podlesice - Filar Wyklętych