piątek, 10 marca 2017

Kilka słów o „Anomalii Karakorum”

Artykuł dyskusyjny 



Alpiniści od zawsze zmagali się z pogodą. 
Od niedawna muszą sprostać globalnej zmianie klimatu.

 




Na początek - o bilansie ciepła

Topnienie lodu jest procesem stałotemperaturowym (powiedzmy - w 0 st C) i do pewnego stopnia spowalnia wzrost temperatury bliskiego otoczenia, poprzez angażowanie znacznych ilości ciepła, potrzebnego do przemiany lodu w wodę, bez zmiany temperatury tej mikstury. Po przekroczeniu punktu krytycznego, całe to ciepło (tak czy siak w części zatrzymywane w atmosferze przez gazy cieplarniane), dotąd zużywane na przemianę fazową lód-ciecz, pójdzie na ogrzewanie produktu topnienia - wody. Skutkiem tego z czasem wzrost temperatury na półkuli północnej radykalnie przyspieszy, choć nie wszędzie tak samo! Lokalnie takie zjawiska już można zaobserwować w "izolowanych" cieplnie górskich dolinach lodowcowych. Wystarczy tutaj dodać, że na podgrzanie kilograma wody wytopionej z lodowca o jeden stopień Celsjusza, wystarczy ok. 80 razy mniej ciepła, niż potrzeba było na to, aby obrócić ów jeden kilogram lodu w tę wodę, bez zmiany temperatury. Tak oto rusza lawina efektów cieplnych.  
Według wyników badań przedstawionych w 'Annals of Glaciology', strumień dopływu energii słonecznej na Concordii zawiera się w przedziale 100-400 W/m2, z przewagą w przedziale 300-350 W/m2, jednak brak jest danych o warunkach tych pomiarów.  

Intro- czy to już koniec holocenu?

Lodowce. Arktyczne, antarktyczne, okołopolarne i górskie. Piękne, imponujące, niepokorne i groźne wizytówki naszego klimatu. Formacje o nieskończonej różnorodności form i ogromnych rozrzutach wielkości. Był czas – geologicznie niedawny, kiedy królowały na planecie i bywały długie okresy, kiedy nie było ich w ogóle. Uczeni twierdzą, że w okresach „Ziemi – śnieżki” przez całe tysiąclecia pokrywały cały nasz glob. W naturalnym rytmie, napędzanym niezmiernie złożonym systemem przyczyn, od kosmicznych, po geologiczno-wulkaniczne, bezustannie zmieniają swój stan posiadania, swoje globalne włości, jakimi dysponują na planecie Ziemia. Ludzkości towarzyszą od zawsze. Był czas, nie taki odległy, kiedy nasi przodkowie z całych sił musieli się zmagać, przez setki lat, walcząc o przetrwanie z koszmarnym zimnem. Mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu, zmiana klimatu spowodowała, że lodowce ustąpiły, wycofały się na północ i południe globu, po tysiącach lat odkrywając ogromne połacie lądu, ale równocześnie – topniejące lody podniosły poziom mórz o kilkadziesiąt metrów, niekiedy przez gwałtowne wezbrania, na zawsze wyłączając z historii ludzkości ponad dwadzieścia milionów kilometrów kwadratowych onegdajszego, częściowo zamieszkanego lądu. Jednakże - jak dotąd, wszelkie te zmiany obszarów opanowanych przez lodowce i lądolody, następowały w rytmie geologicznym, wielokrotnie wolniejszym, niż miara, jaką określamy długość ludzkiego życia, a nawet długość trwania kilku pokoleń. Owszem, bywały epizody katastroficzne i zdarzenia o szybszym rytmie, takie jak uderzenia wielkich meteoroidów, powodzie glacjalne - czyli bardzo gwałtowne wylewy wody z naturalnych zbiorników gromadzących wodę z topniejących lodowców, niekiedy przez stulecia, albo tak zwana „mała epoka lodowcowa”, trwająca kilkadziesiąt lat w XVII wieku, ale nie trzeba pozwolić się zwieść tej nieco spoetyzowanej nazwie – niewielkie obniżenie temperatury Ziemi i następujących kolejno kilkadziesiąt ostrzejszych zim, wynikających ze słabej aktywności Słońca, to jeszcze nie kontratak lodowców.
Prawdziwe inwazje zlodowaceń i ich wycofania trwały tysiące lat. Trwały w gigantycznie długim cyklu, którego mechanizm pochodzi od zachowań Słońca i ruchu tych planet Układu Słonecznego, które w niebywale dyskretny i prawie niezauważalny sposób, swoją grawitacją wpływają na pozycjonowanie Ziemi w kosmosie, podczas jej niestrudzonej wędrówki wokół Słońca. Żyjemy w czasach, kiedy te wszystkie naturalne cykle, wedle których lodowce sadowiły się na naszym globie, przyspieszyły po tysiąckroć, zmuszając ogromne ilości lodu i śniegu do nagłego odwrotu. Co się dzieje?

 W Karakorum

Poza obszarami arktycznymi, trzecim co do wielkości na świecie obszarem pokrytym tysiącami lodowców, jest środkowoazjatycki obszar gór najwyższych, obejmujący potężne łańcuchy – Hindukusz-Karakorum-Himalaje. O ile na całym świecie lody ustępują, topnieje Arktyka, a szelfowe lody Zachodniej Antarktydy są wypłukiwane przez nienormalnie ogrzane wody Pacyfiku, o ile nawet w Himalajach lodowce topnieją i kurczą się w bardzo widoczny sposób, o tyle w Karakorum zdaje się panować sytuacja zgoła odmienna, do tego stopnia, że w świecie naukowym zaczął funkcjonować obiegowy termin „Anomalia Karakorum”, dziwne zjawisko nie tylko nieubywania, ale miejscowo – wręcz przyrastania mas lodowcowych, zupełnie na przekór temu, co dzieje się wszędzie na planecie. Czy na pewno? To jest sprawdzane. Zagadnienie stało się na tyle tajemnicze, że wielu uczonych różnych dziedzin, zwłaszcza glacjologów, zaczęło mu się przyglądać ze szczególną uwagą. Problem jest niebagatelny, gdyż ogromne zasoby lodowców wspomnianych łańcuchów górskich, dostarczają wody pitnej co najmniej półtoramiliardowej społeczności ludzi oraz tamtejszemu rolnictwu i gospodarce. Gdyby coś niepokojącego działo się z tymi zasobami, to skutki tego byłyby ogromne. Uruchomiono zatem wiele dalekosiężnych programów badawczych, angażując pomiary i obserwacje satelitarne i liczne pomiary naziemne, co w tym bardzo trudnym i niedostępnym terenie jest nie lada wyzwaniem. Są w tych górach miejsca, do których dotrzeć mogą tylko najsilniejsi i najwytrwalsi – wyszkolone jednostki armii, himalaiści i tragarze wysokogórscy. Siłą rzeczy znakomitą większość pomiarów terenowych prowadzi się na nieco łatwiej dostępnych odcinkach lodowców, czyli tych, które są położone niżej nad poziomem morza, ale za to mają poważną wadę – są pokryte gruzem, czyli rumoszem skalnym (ang. debris). Jak dowodzą uczeni, owa warstwa skalnej pokrywy spoczywającej na lodzie może na dwa sposoby wpływać na topnienie lodu i zasilanie wodą strumieni dopływających do zlewni głównych rzek rejonu. Pierwszy sposób polega na tym, że cienka warstwa gruzu, jako posiadająca ciemną barwę, kumuluje więcej energii promienistej Słońca, nagrzewa się i przez to przyspiesza topnienie lodu, na którym leży. Natomiast drugi sposób jest zupełną odwrotnością pierwszego – gruba warstwa gruzu izoluje przykrywany lód, nie dopuszczając promieniowania słonecznego, a sama ma zbyt małą przewodność cieplną, by pozwolić, aby ciepło słoneczne, również to – skumulowane w kamieniach, penetrowało w głąb, topiąc lód pod spodem. Otwarte pozostaje pytanie, od kiedy warstwa gruzu przestaje działać, jak akumulator przyspieszający topnienie, a zaczyna działać, jak warstwa izolacyjna. Uczeni uznają ten problem, jako istotny dla dalszych badań. Prawdopodobnie granice tego rodzaju zróżnicowanych wpływów gruzu lodowcowego będą bardzo niejednorodne terenowo. Jedno jest pewne i przyznają to wszyscy autorzy – najsłabiej rozpoznane są pod względem topnienia odsłonięte części największych lodowców, czyli te, po których rutynowo poruszają się himalaiści.
na podstawie Journal of Hydrology 513:192–203 · May 2014 
Co prawda działają stacje pomiarowe posadowione w bardzo eksponowanych miejscach, takich jak np. miejsce Concordia - ogromne rozwidlenie Baltoro, od którego biegną dwie główne odnogi – jedna na północ (Godwin Austen) w kierunku K2 i druga na południe (South Baltoro) w kierunku grupy Gaszerbrumów, ale prawdziwy dramat rozgrywa się znacznie wyżej – nad K2 i na lodospadzie pod grupą Gaszerbrum, gdzie – jak na to wskazują relacje himalaistów – zachodzą wielkie zmiany mikroklimatu, latem w słońcu panuje nieznośny upał, a przerażający swoją szczelinową strukturą lodospad, z sezonu na sezon staje się coraz bardziej zdradliwy, niebezpieczny i nieprzewidywalny. Co więcej, pod koniec (zresztą - coraz krótszego) sezonu wspinaczkowego, zmiany jego układu, rozkładu i wielkości szczelin, następują już w skali dni. Na domiar złego, coraz większa dobowa huśtawka temperatur i inne czynniki wpływają na mikrostrukturę śniegu, a wg badań uczonych z NSIDC Boulder (CO), skutkuje to silnie zwiększonym prawdopodobieństwem lawin, w ogóle w górach, nie tylko w Karakorum. Co się tyczy rejonu K2-BP-G(1-4), to zawsze było tam trudno, ale wygląda na to, że sytuacja staje się pod względem klimatycznym coraz bardziej napięta. Do tego dochodzi druga odsłona dramatu - odczuwalne zmiany w ilości i długości okresów występowania opadów śniegu, który zasila lodowce i jest jedynym źródłem podaży wody, w bilansie masy lodowca. Szczególną manifestację tego zjawiska można było zaobserwować latem 2016, kiedy wskutek niezwykłej ilości opadów śniegu, w środku sezonu wspinaczkowego, olbrzymia lawina całkowicie zmiotła w pełni wyposażony obóz III na drodze Abruzzich na K2. Obóz przygotowany dla ponad dwudziestu osób, niezwykle szczęśliwym zbiegiem okoliczności, był pusty w chwili zdarzenia. Nikomu nic się nie stało, poza tym, że góra zabrała sobie sprzęt wart dziesiątki tysięcy dolarów, a na K2 już drugi rok z rzędu nikt nie wszedł. Jako ostatni zdobywcy, byli tam Marcin Kaczkan i Janusz Gołąb w 2014. Przypadek? Z całą pewnością – nie. Kaprysy pogody w górach najwyższych były i są normą, ale tu z pewnością chodzi o coś więcej. Raczej o symptom przyszłego i trwałego trendu. Podobne zdarzenia, choć na mniejszą skalę miały miejsce w masywie Gaszerbrumów, chociaż tam w 2015 roku było kilkanaście wejść szczytowych, m.in. Kinga Baranowska na G2. W roku 2016 - wielodniowe załamania pogody, nieoczekiwane opady, potężny wiatr, szaleństwa lodospadu. Efekt – nieudane ataki szczytowe, graniczący z cudem, dramatyczny „wycof” Czechów Holecka i Manduli spod partii szczytowych Gaszerbrumów późnym latem 2016, sportowe i osobiste dramaty i rozczarowania. Zresztą leżący pośrodku regionu Broad Peak, też nie cieszył się zbytnią frekwencją, pomimo wielu chętnych. W roku 2015 raptem jedno wejście – Andrzej Bargiel, z nartami do zjazdu ze szczytu. W 2016 roku latem - szesnaście osób łącznie na G1 i G2, dwa wejścia na BP i znowu zero na K2. Zdobywcy 2016 chóralnie relacjonują o krótkich oknach pogodowych i o wielkich opadach śniegu w tym rejonie. Równocześnie wszyscy himalaiści wskazują, i to od paru lat, na zwiększoną aktywność lodospadu u stóp Gaszerbrumów. Moim zdaniem może to mieć związek z "ustawieniem się" linii równowagi - granicy topnienia (ablacji) w rejonie Baltoro na poziomie 5200 m n.p.m., o czym w swoich pracach pisze glacjolog Christopher Mayer. Oznaczałoby to, że granica równowagi (linia rozdzielająca obszar, w którym lodowca "przybywa" od obszaru, gdzie go "ubywa") biegnie pod tym lodowcem, gdzieś pomiędzy bazą, a obozem I normalnej drogi na G1 i G2, co w efekcie pośrednio przekłada się na znaną i coraz większą zdradliwość tego lodospadu.

Spojrzenie naukowców

Jak zatem naprawdę wygląda „Anomalia Karakorum” oceniana przez naukowców? Tych, którzy pracują niżej i nie zapuszczają się aż tak wysoko?
Uczeni mają inne kryteria. Z praktycznego punktu widzenia, najważniejsze dla nich są obecne i przyszłe bilanse wody pochodzenia lodowcowego, a bilans masy lodowców oraz tempo ich topnienia lub przyrastania, są istotne tylko z tego względu.
Powróćmy na chwilę na Baltoro. Ze względu na jego długość i udział obszarowy pokryty gruzem lodowcowym, wynoszący 38%, wobec 62% powierzchni odsłoniętej, a także z uwagi na jego wysokość nad poziomem morza, uznano, że lodowiec Baltoro można przyjąć jako, jak to określono - „wzorcowy” w odniesieniu do lodowcowych obszarów Parku Narodowego Karakorum. Z tego też względu wybrano go jako lodowiec nadający się do kalibracji i walidacji słuszności złożonych modeli matematycznych procesów topnienia lodowców. I co się okazało. O ile większość lodowców w sąsiednich Himalajach traci masę z szybkościami porównywalnymi do ubytków lodów w reszcie świata, o tyle w Karakorum, gdzie powierzchnia lodowców wynosi około 18000 km2, i gdzie zasoby lodowcowe szacuje się na około 3% całkowitej ilości lodu poza Grenlandią i Antarktyką, najprawdopodobniej stanowią wyjątek w skali świata. Badania terenowe wykazały, że lodowce Karakorum są albo stabilne, albo nawet wykazują skłonność do przyrostu masy lodu, czyli dodatniego bilansu masy w ostatnich latach. W niedawnej historii obserwowano pewne fluktuacje grubości pokrywy lodowej w strefie ablacji (topnienia), ale obecne wyniki wskazują na to, że spośród ponad 1300 lodowców Karakorum, około 130 wykazuje cechy przyrostu, w odniesieniu do roku 2000. A zatem „Anomalia Karakorum” wydaje się silnie kontrastować z ogólnoświatową tendencją do wyraźnej utraty masy przez lodowce. Co ciekawe, to właśnie woda pochodząca z topnienia śniegów zimowych, stanowi dominujący strumień zasilający odpływy z lodowców Karakorum w czerwcu i w lipcu, natomiast topnienie samych body lodowców ma największe znaczenie dla wypływów wody w sierpniu i na początku września. Z kolei te wypływy są w znacznym stopniu uzupełniane i zasilane przez związane z monsunem opady śniegu na wysokościach powyżej 3500 m n.p.m. Zauważa się trend wzrostowy odpływów wody w sierpniu, co oznacza, że teoretycznie lodowce trochę się wtedy „kurczą”, ale równocześnie zauważono wyraźną tendencję wzrostową opadów nad Karakorum w monsunowych miesiącach letnich, o czym informują zbiory danych satelitarnych. Wszystko to razem sprawia, że bilans masowy lodowców Karakorum wydaje się być stabilny, a nawet dodatni. Powstaje bowiem swoiste sprzężenie zwrotne.

Hipoteza

Na logikę, coś napędza tę maszynkę, woda do tego obiegu musi jakoś wchodzić, więc proste rozumowanie wskazuje na to, że najwyższe partie lodowców, te które są odsłonięte na działanie słońca, ponieważ nie są izolowane gruzem lodowcowym, muszą udostępniać swoją wodę, a równocześnie są one poddawane rosnącej ilości opadów - jak zwykle w zimie, ale teraz także w monsunowych miesiącach letnich, co widać z satelitów. Jest tak, chociaż góry Karakorum leżą poza strefą monsunów, w rejonie pustynnym, ze względu na blokujące działanie potężnego masywu Nanga Parbat. Coś się jednak w tym względzie zmienia.
Nanga Parbat (fot. Marek Pronobis, 1977)
Aby podnieść takie ogromne ilości wody z oceanu i przetłoczyć je w rejon K2 i Gaszerbrumów, gdzie dominują zimne wiatry zachodnie, nie wspominając o całym pozostałym obszarze Karakorum, też owiewanym od północy przez wiatr zachodni, potrzebne są kolosalne ilości energii. Słońce ostatnio nie przyspieszyło, jest bardzo mało aktywne, a zatem – co się dzieje? Skoro oprócz opisanego cyklu „Anomalii Karakorum” (pomimo wątpliwości Ch. Mayera), na całym świecie znikają miliardy ton lodu rocznie? Kluczową pozycję w bilansie substancji i energii zajmuje radiacyjna podaż ciepła słonecznego i jego transfer radiacyjny w atmosferze. Perfekcyjnie czysty śnieg odbijałby prawie całe promieniowanie słoneczne, ale kolejnym elementem układanki jest fakt, że śnieg nie jest taki biały, jak powinien,  a unosząca się nad środkową Azją brunatna chmura pogarsza efektywność wymiany ciepła pomiędzy powierzchnią Ziemi a atmosferą i – dalej – przestrzenią kosmiczną. To jednak jest już temat na osobny artykuł.

Wątpliwości

A jednak w dyskusji uczonych, ostatnio pojawił się głos sceptyczny i to głos autorytetu, w osobie Ch. Mayera. Co jest interesujące to fakt, że spostrzeżenia Christopha Mayera już na pierwszy rzut oka korespondują z doświadczeniami himalaistów, o których opowiadają oni od mniej więcej trzech lat, a mianowicie o tym, co dzieje się w najwyższych górach, tam, gdzie docierają tylko nieliczni wybrańcy. A jednak zjawisko„Anomalii Karakorum” nie przekonuje Mayera. 'Należy przyglądnąć się szczegółom', mówi badacz. Jego kolejny powrót na lodowiec Baltoro utwierdził go w wątpliwościach. Dolne partie lodowca i jego ujście (jęzor), są pokryte gruzem i wyglądają tak, jakby były odporne na zmianę klimatu, gdyż nie wykazują cech cofania się, jednakże czysta, biała, górna część lodowca topnieje z szybkością do 4,5 metrów, podczas gdy powierzchnia osiada o 0,5 metra na rok. Mayer uważa zatem, że „w istocie dotychczasowe badania pokazywały ile lodu znika w lecie i ile śniegu gromadzi się w wysokich partiach lodowca.” Czyli dotychczasowe metody pomiaru bilansu masy lodowca Baltoro to dopiero początek drogi ku osiągnięciu klarownego obrazu tego, w jaki sposób rzeczywiście działa cały ten system. „Należy uwzględnić rolę pokrywy gruzowej, jeśli ma się na celu poprawne wyliczenie przyszłych zasobów lodu i wydajności uwalniania ciekłej wody w wyniku jego topnienia, w warunkach zmieniającego się klimatu.

Podsumowanie

Na podstawie mapki NASA
Zaryzykowałbym tutaj tezę, że monsuny, napędzane coraz bardziej nagrzanym oceanem, niosące coraz więcej wilgoci w powietrzu, nagromadziły już na tyle dużo energii własnej, by częściowo pokonać barierę Nanga Parbat i penetrować do rejonu ośmiotysięczników za Baltoro, gdzie - po napotkaniu zimnych wiatrów zachodnich - wytracają resztki swojej wilgoci, właśnie w rejonie powyżej Concordii, co powoduje zwiększone opady na dużych wysokościach w tym rejonie, pomimo, że nie jest to już strefa monsunowa. Aby The Karakoram Anomaly mogła nadal "funkcjonować", a natura wyraźnie ku temu dąży - gdyż jest to nowy stan równowagi lokalnej, to w rezultacie, od kilku lat, stopniowo coraz więcej śniegu musi padać - i pada - latem w strefie, która himalaistów 'Klasy 8k+' interesuje najbardziej. Jeśli dodatkowo uwzględnić katastrofalny wpływ zmian klimatycznych na jakość i zwięzłość śniegu - to należy oczekiwać ogromnych lawin i coraz większej aktywności lodowców.
Same lodowce, w ogromnej większości spływające głębokimi dolinami, są zasilane w wodę - lód/śnieg, tylko od góry, co następuje najskuteczniej poprzez lawiny i co w warunkach niezwykle stromych stoków Karakorum oraz rosnącej ilości letnich opadów, zupełnie nie dziwi. Jeśli ten skuteczny mechanizm jest napędzany zmianą klimatu – a zapewne jest – to w przyszłości należy oczekiwać coraz trudniejszych warunków do uprawiania letniej wspinaczki w najwyższych partiach tych gór, oraz należy oczekiwać prawdziwych niespodzianek ze strony tych destabilizowanych termodynamicznie obszarów Ziemi.



Post Scriptum, z ostatniej chwili: The Karakoram Anomaly istnieje, a w nieodległym (strefowo-klimatycznie) sąsiedztwie tych gór, w kierunku Hindukuszu, ostatnio dzieją się rzeczy straszne

Bóg jeden wie, co się teraz (marzec 2017) dzieje pod K2, na drugim końcu pasma. Na szczęście - tam nikogo nie ma. Jednak, czego by nie mówić - lawiny, to jest najbardziej efektywny sposób zasilania lodowców. I tym samym - mechanizm napędowy tejże "anomalii". Paradoksem jest to, że lodowce bezludnych Karakorum to bodaj ostatnie miejsce na globie, które funkcjonuje w miarę normalnie w ocieplającym się świecie. Nie traci swojego lodu, a jedynie przesuwa jego "środek ciężkości" wyżej n.p.m. I dlatego stało się w tym świecie "anomalią". Jeśli ów proces będzie nadal działał, jako reakcja na skutki ocieplania się - na przykład Oceanu Indyjskiego albo Zatoki Arabskiej, skąd latem wieją monsuny napierające na Karakorum i wtłaczające wilgoć, a z kolei zimą będzie się nasilać obecnie trwająca cyrkulacja - to "anomalia" się wzmocni i potrwa jeszcze przez nieprzewidywalnie długi czas. 
Jest to bardzo prawdopodobny scenariusz, ponieważ już obecnie, w wyniku rosnącej koncentracji CO2 w atmosferze (już mamy średniorocznie 406 ppm), nastąpiło ocieplenie na tyle duże, że rozpoczął się nieodwracalny i bardzo destrukcyjny proces uwalniania metanu z rozmarzającej "wiecznej" zmarzliny i z klatratów metanu pod dnem mórz polarnych. Nade wszystko nasila się znacząco uwalnianie bio-metanu z mokradeł tropikalnych i w efekcie cały proces ocieplania globalnego bardzo gwałtownie przyspiesza. 
Wszystkie te czynniki najpewniej złożą się na intensyfikację anomalii Karakorum, 
przynajmniej przez jakiś czas.    

Dalszy ciąg materiału: 
"Anomalia Karakorum - kilka dodatkowych uwag"

wersja recenzowana tego artykułu, na portalu wspieranym przez Uniwersytet Warszawski, jest tutaj

"Banner cloud" zjawisko atmosferyczne blokujące przepływ wilgotnych mas powietrza ponad stromym i wyniosłym masywem górskim (na przykładzie Matterhornu)




P.S. Zdjęcia przedstawiają lodowce alpejskie, będące w fazie wyraźnego zaniku.

Literatura:

środa, 2 listopada 2016

Grań Kultury drogą Pacukiewicza (VI A2)

Wybrałem się na niezmiernie trudną wspinaczkę. Nie, nie górską granią, tylko wirtualną – literaturową. Słyszałem o tej książce już wcześniej, nawet gdzieś spotkałem się z cytatami albo przywołaniami, więc nadeszła pora na samodzielne przejście drogi Pacukiewicza - linii poprowadzonej ku „transgresjom alpinizmu”. 
Droga "Granią" zaczyna się skrajnie trudnym uskokiem, którego nie sposób przejść bez sztucznych ułatwień, (nie ma czego się wstydzić – z sięganiem do słowników wyrazów obcych i terminów filozoficznych włącznie), a nawet nie obejdzie się bez pomijania co trudniejszych odcinków, ale zaraz potem, począwszy od drugiej części, teren nieco się kładzie, grań łagodnieje i przed czytelnikiem otwiera się piękny i bardzo rozległy widok na okolice i podstawy kulturowe i ontologiczne alpinizmu oraz na liczne związane z nim wątki filozoficzne, estetyczne i etyczne. Nie jestem alpinistą, ale od młodości mocno kibicuję tej dyscyplinie życia, szczególnie zaś osiągnięciom Polaków w górach najwyższych i ich wybitnym osiągnięciom na wielkich ścianach gór świata. Stojąc więc z boku, poza środowiskiem wspinaczy, czuję silną więź z ich żywiołem, na tyle silną, na ile może go pojąć ktoś spoza kręgu wtajemniczenia. 

Dlatego książka Marka Pacukiewicza tak dobrze wpisuje, albo raczej wczytuje się w przestrzeń pomiędzy miejscem kibica, a miejscem odległej akcji górskiej. Wielokrotnie, zwłaszcza po nagłaśnianych przez media wypadkach górskich, znajomi, którzy znają to moje zainteresowanie zjawiskiem alpinizmu, pytali mnie „po co to wszystko, po co oni tam idą?”. Cóż mogłem odpowiadać? Skoro ta materia nie mieści się w prozaicznej logice i wykracza daleko poza codzienny racjonalizm? Broniłem alpinizm tak, jak potrafiłem, jednak zawsze tylko z pozycji kibica, czyli osoby z zewnątrz. To nie mogło być zbyt przekonujące, wiem. Marek Pacukiewicz nie jest alpinistą, tylko badaczem zjawiska alpinizmu, jako elementu szeroko pojmowanej kultury z jej wszystkimi odcieniami i składnikami, a rzeczona książka jest stricte pracą naukową – dysertacją habilitacyjną Autora, więc siłą faktu nie jest pracą banalną ani sztucznie ułatwioną przez sprowadzenie do poziomu zwykłej literatury „do poduszki”. Wytrwały i zdeterminowany czytelnik-wspinacz, który porywa się na ową tytułową „Grań kultury” nie będzie zawiedziony, choć nikt nie mówi, że będzie mu tam łatwo. Myślę, że po lekturze książki, nawet wielu alpinistów byłoby zaskoczonych ogromem i ilością śladów, jakie ich działalność górska pozostawia wokoło, jak i w nich samych. Jak już wspomniano, o książce słyszałem wcześniej, kilka wierszy Autora też miałem okazję przeczytać, ale do lektury książki zachęciło mnie arcyinteresujące spotkanie w Teatrze Witkacy, podczas posiadów w ramach 5 Spotkań „Inspirowane górami”, gdzie miał miejsce swoisty śląski „desant” artystyczny. W foyer Teatru swoje zdjęcia wystawiał Marek Wesołowski, a w posiadach rozmawiali Marek Pacukiewicz i Aleksander Nawarecki, kuturoznawcy z UŚ, przy czym centralną postacią wydarzenia  (jednak - nie ze Śląska), była godnie reprezentująca na proscenium Teatru polski himalaizm, Kinga Baranowska, już na wstępie ogłoszona przez Nawareckiego ‘Królową Gór’. Od razu zrobiło się uroczyście, a potem było już tylko coraz ciekawiej. Kilka uwag na ten temat zamieściłem w swoim czasie na portalu Facebook. 

Na koniec, tenże profesor Nawarecki pokazał publiczności książkę Marka Pacukiewicza „Grań kultury. Transgresje alpinizmu”, dowcipnie i przekornie porównując pracę badawczą Autora ze śląskimi alpinistami, do badań antropologa nad plemionami dzikich, co bardzo rozbawiło Kingę Baranowską (wszelako – nie należącą do grupy badawczej), samego Autora i publiczność w teatrze. Jednakże żart profesora zastrzegał, że książka powstała z zachowaniem należnego szacunku i dystansu badawczego. Żartobliwy ton tej rekomendacji i cała treść i forma ‘posiadowej’ rozmowy, ostatecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po tę niezmiernie wartościową, choć niełatwą w lekturze, pozycję. No i nie zawiodłem się, mimo paru czytelniczych epizodów pójścia na skróty, kiedy to trzeba było trawersować dołem lub bokiem zbyt trudne okapy i uskoki tytułowej Grani
Uzbrojony w nowe, bardzo mocne argumenty przemawiające za głębokim sensem uprawiania alpinizmu i udowadniające jego wielowymiarową, żeby nie powiedzieć „nadprzestrzenną” strukturę i odniesienia do najważniejszych dziedzin życia i kultury, dodatkowo umocniony w poczuciu śląskości, dumny z osiągnięć i znaczenia śląskiego środowiska alpinistycznego w Złotym Okresie polskiego himalaizmu, kibicuję alpinistom dalej i chętnie odpowiem na kolejne zaczepne pytania sceptycznych znajomych….  

wtorek, 13 września 2016

Matterhorn - góra niezwykła. Część II - podróż na podwórko giganta




Matt od zachodu
Przepiękna góra, której wizerunek poznałem  z opakowania czarodziejskiej czekolady pół wieku temu, od tamtego dnia fascynuje i przyciąga niezmiennie (Część I). Mijają lata, niedostępność przepaścistych grani i nieosiągalność wierzchołka rosną dla mnie wraz z upływem czasu, ale piękno i majestat oraz burzliwa historia Matta, same w sobie są wystarczająco inspirujące, na tyle, że nawet nie myślę o podjęciu próby wejścia na wierzchołek, którąś z łatwiejszych grani. Od wielu lat, mniej więcej od Szczytu Ziemi w Rio, w roku bodajże 1990, w swojej pracy zawodowej interesuję się emisją gazów cieplarnianych, a jako energetyk czuję się wręcz zobowiązany do pracy na rzecz jej redukcji.
Ściana wschodnia i północna
Temat ostatnio stał się bardzo gorący (cóż za zbieżność przenośni z faktami), a tak się składa, że wielki, genialny fizyk John Tyndall, który w swoim laboratorium po raz pierwszy udowodnił, że nawet śladowe ilości CO2 w powietrzu pochłaniają duże ilości ciepła, podnosząc temperaturę ośrodka, czyli - atmosfery Ziemi, co później nazwano "efektem cieplarnianym" (Greenhouse Effect) otóż - ten właśnie John Tyndall był wybitnym alpinistą w czasach wielkich inicjacji w Alpach Pennińskich. Na swoich profesorskich wakacjach spędzał czas w surowych,
nieznanych i niedostępnych w owych czasach górach, gdzie nie było szlaków, wytyczonych dróg wspinaczkowych, ba - nie było nawet pierwszych wejść, a Matterhorn był wówczas oficjalnie uważany za górę niemożliwą do zdobycia. Była to połowa XIX wieku, a więc całkiem niedawno (wszak mój dziadek urodził się w 1878 roku), a wszystko wyglądało aż tak odmiennie od tego, co widzimy dziś. Mimo to, śmiałkowie podejmowali próby wejścia na tę wyzywająco piękną górę, z różnych stron. Jednym z nich był odważny i już doświadczony we wspinaniu mikstowym John Tyndall. Prawie równolegle z próbami Edwarda Whympera - pierwszego zdobywcy Matta granią Hoernli - Tyndall podejmował swoje próby od strony południowej, podchodząc równie naturalną drogą, czyli granią Lion. Nigdy nie dotarł na wierzchołek, ale wyposażony w niemiłosiernie ciężkie konopne liny i żelazne haki, dotarł do pierwszej wybitnej kulminacji
Szczyt (W)
grani Lion, do punktu który dzisiaj nazywa się Pic Tyndall. Jak wiadomo, od tego miejsca kończą się żarty, a zaczynają schody, kopuła szczytowa od dzisiejszej włoskiej strony jest bardzo wymagająca.
Droga Whympera od północnego wschodu okazała się bardziej osiągalna i ostatecznie szczyt zdobyto 150 lat temu, ale za ogromną cenę - z pięciu zdobywców z zespołu Whympera, trzech zginęło w zejściu, wśród nich - szwajcarski przewodnik, wskutek fatalnego błędu asekuracyjnego, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Niewykluczone, że zespół zdobywców pod wodzą Whympera postawił się w tak niezrozumiałej sytuacji, wskutek niedotlenienia, co po wielu godzinach morderczej akcji na prawie 4,5 tys. m n.p.m. jest całkiem możliwe, więc w efekcie błędnej oceny sytuacji i własnych możliwości, wspinacze popełnili niedopuszczalny i tragiczny w skutkach błąd, puszczając przewodnika przodem, w zespole trzech osób związanych liną w systemie asekuracji lotnej, zamiast kazać się asekurować na sztywno, od góry. W tamtych czasach prawie nic nie wiedziano o roli aklimatyzacji i o fatalnym wpływie jej braku na sprawność umysłową i zdolność oceny sytuacji. Idący przodem, czyli najniżej, przewodnik potknął się gdzieś ponad Ramieniem i cały zespół runął w półtorakilometrową przepaść.
Schronisko i uskok grani Hoernli (Pn-W)
 Whymper wraz z partnerem z trudem dotarli granią Hoernli na dół i zdobywca do końca życia zmagał się z zarzutami ze strony postronnych "znawców" i samozwańczych sędziów, którzy znali całą tę historię tylko z plotek i opowiadań, a górę z rysunków i nielicznych zdjęć.
Grań Z'Mutt (Z)
John Tyndall ukończył swoją eksplorację na otwarciu drogi przez Col del Leone i Cresta del Leone (Liongrat) i chociaż utknął na dzisiejszym Pic Tyndall, po czym musiał zawrócić, to jego ideę dokończono w następnym sezonie, otwierając tym samym drogę włoską. Warto wspomnieć, że Tyndall był pierwszym zdobywcą Weisshornu, czterotysięcznika położonego nieopodal Matta. I tu zaczyna się nowy wątek: Weisshorn, jak sama nazwa wskazuje, był pokryty wiecznymi śniegami i po prostu - biały. Trudna, eksponowana, piękna góra. Ówczesny Matterhorn również skuty był lodem i pokryty wiecznym śniegiem, tak bardzo charakterystycznym dla Alp i ich pięknych krajobrazów. Niestety, obecnie - w efekcie globalnego ocieplenia, które Tyndall przewidział ponad 150 lat temu - krajobraz Alp, jak i wizerunek samego Matterhornu, ulegają nieodwracalnym
Morenowe okolice Matta
zmianom. W niektórych miejscach zanik lodowców jest bardzo wolny i słabiej zauważalny, ale są miejsca, również w rejonie Matta, gdzie efekt ocieplenia jest bardzo wyraźny. Pisałem o tym w poprzednim odcinku i w kilku innych tekstach na tym blogu, na portalach górskich i na Facebooku, więc nie chce się powtarzać, przypomnę tylko, że obecnie Matt jest wyposażony w system czujników, wpuszczonych w głąb góry, dla rejestrowania temperatury wewnątrz skalno-lodowego rdzenia masywu i dla rejestrowania reakcji sejsmicznych, nawet
Taeschhorn i Dom - bez lodowców...
mikroskopijnych. Cały teren wokół tej niezwykłej góry jest ostatnio bardzo aktywny, ślady licznych obrywów lodowcowych i skalnych są niezliczone, sam byłem świadkiem kilku obrywów lodowców po zachodniej stronie masywu, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pobytu w tym miejscu. Huk spadających fragmentów lodowców i skał po upalnym dniu, co kilka godzin przecinał ciszę zachodniego sanktuarium giganta, przypominając o tym, co człowiek robi ze swoją planetą. A przecież w skali globu, jest to tylko drobniuteńki symptom gigantycznego zjawiska ocieplenia. Niezwykle irytujące jest to, że ciągle są ludzie zaprzeczający istnieniu tego zjawiska, albo podający, jako dominujące, przyczyny ocieplenia inne, niż
Świeżutki obryw w górnej partii lodowca Z'Mutt
kumulacja gazów cieplarnianych w atmosferze. Z pewnością, lokalnie - na przykład na Grenlandii, nie bez znaczenia jest ciepło geotermalne, ale tam zanikają lodowce na poziomie morza, a tu - ponad bajecznym Zermatt - topnieją, parują i sublimują gigantyczne masy lodu trzy, cztery kilometry nad poziomem morza i to w stopniu zastraszającym. To samo dotyczy całych Alp, znikają ogromne połacie lodowców, a archeolodzy co rusz znajdują pozostałości i artefakty, które przetrwały pod wiecznym lodem, znacznie ponad pięć tysięcy lat. To zjawisko pokazuje wyraźnie, jak szybko następuje obecna zmiana klimatu i jest aż nadto dobitnym dowodem na to, że nie mamy do czynienia z procesem naturalnym. W naturze, nie licząc impaktowych kataklizmów, nic nie dzieje się tak szybko, jeśli chodzi o zmiany klimatu. Wszystkie dotychczasowe naturalne ocieplenia i ochłodzenia zachodziły setki, jeśli nie tysiące razy wolniej, niż obecne. Ponieważ na Ziemi nic ostatnio nie wybuchło ani nie walnęło odczuwalnie w skali globu, żaden superwulkan ani meteor, ani nawet kometa, więc nie ma innego uzasadnienia dla tak radykalnego przyspieszenia ocieplania klimatu, że dosłownie na naszych oczach znikają z powierzchni Ziemi miliardy ton lodu, co wymaga niewiarygodnie wielkich ilości ciepła, a przecież Słońce jest wyjątkowo mało aktywne od parunastu lat. Co zatem roztapia alpejski lód? Dlaczego pozostające w górach lodowce - niegdysiejsze połyskujące światłem brylanty Alp - widziane z pewnej odległości dzisiaj, mają odcień barwy roztopowego śniegu w marcu w moim ogródku w Polsce? Dlaczego alpejski śnieg na 4 tys. m n.p.m., konsystencją i odcieniem przypomina chodnik zimą w Katowicach, po posypaniu go solą? Smutne wrażenie robią Alpy - czarne, bezśnieżne, bardziej przypominające Mięguszowiecki latem, niż to, co pamiętam ze zdjęć alpejskich olbrzymów, oglądanych w dzieciństwie, a nawet jeszcze 15-20 lat temu, na żywo.
Droga Mleczna nad Matterhornem
Wróćmy jednak do Matterhornu - góry niezwykłej. Postanowiłem w tym roku odwiedzić podwórko giganta - rejon jego zachodniej ściany. To właśnie tam widać całą jego potęgę. Rejon najmniej popularny wśród turystów, gdyż dość odległy i trochę trudno dostępny, jeszcze niedawno wymagający kondycyjnie i technicznie, nawet na poziomie spacerowo-turystycznym. Co prawda są tam schroniska CAS, ale trzeba się trochę wysilić, żeby do nich dotrzeć. No i właśnie teraz, po wielu latach od mojej pierwszej wizyty w rejonie Zermatt, przyszła kolej na
 zaplecze Matterhornu, z ambitnym zamiarem przekroczenia odnogi zanikającego lodowca Z'Mutt i przetrawersowania skalnym terenem jak najdalej na zachód, żeby zrobić fajne, frontalne zdjęcia ściany zachodniej. Na najświeższych zdjęciach satelitarnych wszystko wyglądało całkiem przyzwoicie, wyruszyłem w drogę pełen optymizmu, z gotowym planem fotograficznym w głowie. Co tam - myślę sobie - przekroczenie kilkudziesięciu metrów w poprzek lodowczyka, całkowicie zasypanego skalnym rumoszem (debris) to będzie pikuś, a spod stoku, albo nawet z grani jakiejś skalnej grzędy po drugiej stronie, będę miał świetny wgląd w kocioł Tiefmattengletscher i na cały obszar zachodniej ściany Matta. Jednak rzeczywistość bardzo mocno mnie otrzeźwiła. Pierwotny zamiar przetrawersowania z moreny  poprzez lodowczyk, ku podstawie grzędy skalnej naprzeciwko, okazał się niewykonalny w pojedynkę i to z dwóch powodów. Po pierwsze, morena jest sypka i bardzo niestabilna, ma konsystencję świeżego żwirowiska i nawet chodzenie po jej górnej krawędzi jest niepewne, gdyż ścieżka tamtędy wiodąca co kilkadziesiąt metrów znika, przerwana świeżym obrywem i trzeba trawersować niżej. Wyraźnie widać to na ostatnim zdjęciu.
Odnoga lodowca Z'Mutt, którą chciałem przejść w poprzek
Po drugie, sam lodowczyk, dokumentnie zasypany kamieniami (debris) jest spękany i zdradliwy, nikt nie wie, co jest pod butami, co kawałek spod kamieni i lodu widać jeziorka o nieznanej głębokości. Ten stan rzeczy obrazuje zdjęcie po prawej stronie. Musiałem zatem zaniechać ambitnego zamiaru podejścia dalej na zachód (czyli na prawo, na zdjęciu po lewej) i zadowolić się stanowiskiem fotograficznym na morenie bocznej, w miejscu, do którego można było dojść solo, bez naruszania elementarnych zasad zdrowego rozsądku.
Szczeliny i rozpadliny z jeziorkami na odnodze lodowca Z'Mutt
W ten oto sposób dotarłem do wymarzonego miejsca, z którego widać zachodnią ścianę Matterhornu, aczkolwiek - pod pewnym kątem, nie na wprost. Bez sprzętu i sam, więc pójść dalej raczej się nie dało. Jestem pod wrażeniem potęgi tej góry. O ile powszechnie znane niezliczone zdjęcia od strony północno-wschodniej w szczególny sposób podkreślają szlachetne piękno Matterhornu, o tyle jego zachodnie otoczenie jest demonstracją potęgi i bardziej surowego piękna tej ogromnej góry. Stojący tuż obok czterotysięcznik Dent d'Herens i pozostałe szczyty grani okalającej zachodni kocioł za Matterhornem, podkreślają jego niezwykłość, formując swoisty orszak tego niezaprzeczalnego króla szwajcarskich Alp.
A może nawet i całych Alp w ogóle.....




Proza życia:
Pierwotny zamysł zdjęciowy, powzięty na podstawie "płaskich" zdjęć satelitarnych: 1 - schronisko Schoenbil, 2 - ostroga grani Z'Mutt, 3 - resztki dolnej części lodowca Z'Mutt, 4 - upatrzone stanowisko fotograficzne, małe kropki - zamierzana trasa, czarne kropki - odcinek, który w realu okazał się nie do przejścia solo, z uwagi na zły stan lodowczyka... Na tym ujęciu już widać, że może być ciężko, niestety w realu okazało się to w ogóle "impossible", jak uznaliśmy ze spotkanym w schronisku alpinistą Gustavem. Ten jeden krótki odcinek, a właściwie, to środkowa czarna kropka. Mimo wszystko jakoś się dało popstrykać po zmianie opcji i zdjęcia zachodniej ściany wzbogaciły moją kolekcję :) Nowej lokalizacji stanowiska foto, na tym zdjęciu nie widać
 Ten tekst jest kontynuacją: matterhorn gora niezwyka
(C) Michał Pyka
Wszystkie zdjęcia wykonano we wrześniu 2016 r.

               

czwartek, 11 sierpnia 2016

Kiedyś.... (3)

To jest bardzo krótki szlak, zaledwie około 45 minut przewodnikowo. Odkąd odkryłem go dla siebie, chyba w 1977 roku, od razu stał się moim ulubionym zakątkiem w Beskidach. Na swej niepozornej rozciągłości, mieści wszystko, co lubię w tych górach. Piękne widoki, pachnące romantyzmem przedzieranie się przez kosówkę, spacer po skalnych stopniach, wrzosy, przekorna czerwień kiści jarzębiny pośród wszystkich odcieni zieleni wokoło, obfitość odurzającej swoją wonią wszędobylskiej sosnowej krzewiny, a w nagrodę, wyżej, niepowtarzalne spojrzenie na majestat Babiej Góry. Chyba nigdy nie przeszedłem go w przewodnikowym czasie. Nie da się.

Co krok albo dwa, trzeba się zatrzymać i kontemplować kolejną odsłonę otoczenia, sąsiednich gór i dolin.
Co kilka metrów - nieco inna perspektywa, coraz szersze i bardziej urozmaicone panoramy, z każdym krokiem - piękniej. Z tunelu kosodrzewiny poprzerastanej niewysokimi świerkami, skąd widać tylko kawałek nieba, stromą ścieżkę przed oczami i najbliższe rośliny, powoli wychodzi się na coraz bardziej otwartą przestrzeń, w scenerię z każdym kolejnym krokiem bogatszą we wrażenia i jaśniejszą. Od pewnego miejsca, pomiędzy poszarpanymi wiatrem i przerzedzonymi przez śnieg i mrozy gałęziami ostatnich na tej wysokości świerków, ponad zielonym i gęstym
 iglastym dywanem, zaczyna pojawiać się wyniosły masyw Babiej Góry. Od tej chwili będzie nam towarzyszyć aż do końca spaceru, aż na wierzchołek Pilska, coraz wydatniej podkreślając swoje panowanie nad Beskidami.
Niepostrzeżenie, kawałek wyżej, zdobywcza sosna górska nagle ustępuje trochę miejsca głazom, skalnym płytom i wrzosowisku. To jest dziwne miejsce. Piękne, ale naznaczone smutkiem wtulonej w ciemnozielone drzewiny, mogiły młodziutkiego żołnierza, który na tym odrealnionym skrawku ziemi poległ na samym początku wojny. Smutne, tutaj jakby dysonansowe echo, cichnąc
wybrzmiewające z odległej przeszłości i refleksja o surrealizmie ludzkich losów, rodząca pytania: jak to się mogło stać? tu? kto? skąd? dlaczego? po co to wszystko wtedy było? i jeszcze przez tyle lat potem?
Znów odwracamy wzrok w kierunku Babiej. Jej dumna i niepokojąca sylwetka wraz z Małą Babią i niepozorną z tej perspektywy Mędralową, zupełnie dominują nad wschodnim horyzontem. W dolinie opodal powoli pojawia się zarys odległych gór, skąd już za chwilę wyłonią się Tatry, jak tylko chmury się rozstąpią i jak podejdziemy jeszcze kawałek. Wrzosowiska pobędą z nami jeszcze trochę, ale wkrótce potem magicznym korytarzem pośród zwartych iglastych ścian, dobrniemy dalej, wznosząc się powoli coraz wyżej, w kierunku rozleglej kulminacji Pilska.

Ociosy iglastego kuluaru są tutaj wysokie, wyższe od nas - gości z dolin, odwiedzających to miejsce, ale im dalej kluczymy wśród ich ciemnozielonej gęstwiny i podchodzimy wyżej, tak nad wschodnim horyzontem ukazują się szczyty Tatr, Morze Orawskie, a z drugiej strony -  pasma Wielkiej Raczy, Rycerzowej i cały bajeczny beskidzki górski światek Słowacji. Wzrok sięga nawet do dalekich gór Czech. Właściwie, to mój ulubiony zakątek tutaj się kończy, gdyż docieramy do czarnego szlaku, skąd już tylko kawałek na polski wierzchołek. A tam - to już zaczyna się trochę inna historia. Jak dla mnie - niesłyszalna muzyka góry zmienia tonację.

P.S.: Zapraszam do lektury posta: Kopernik, Tyndall, lodowce i Matterhorn




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kiedyś.... (2)

Basi, za czarowne zdjęcia na naszej wystawie.


Jest jakaś bardzo daleka analogia między wapiennymi zerwami Czerwonych Wierchów po zachodniej stronie Liliowego i granitowymi krzesanymi ścianami Świnicy i Niebieskiej Grani, po stronie wchodniej, a wyniesionym tytanicznymi siłami dnem praoceanu, zwieńczonym Everestem i wykrystalizowanymi w tektonicznym tyglu, a wreszcie z granitowymi i gnejsowymi formacjami wokół Baltoro i K2, na drugim końcu tamtego niezwykłego miejsca na Ziemi. Bo niby cóż wspólnego mogą mieć azjatyckie giganty z „najniższymi z wysokich gór świata”? Owszem, mogą. Niebo, pod którym stoją i na którego tle prezentują swoją okazałość, każde z nich w swojej własnej skali. Skyline. I powietrze które orzeźwiają chłodem swoich skał i lodu. I gwiazdy, ku którym kierują nasz wzrok, każdemu według wyobraźni. I Słońce, którego coraz bardziej więzione w ziemskim środowisku ciepło ma też narastający wpływ na to, co się w nich dzieje. Zwłaszcza w tych górach naprawdę najwyższych. Tam, gdzie rozzuchwalony prąd strumieniowy wypędza z gór najlepszych i najwytrwalszych himalaistów. Tam, gdzie zanikające lodowce przemieniają się w mordercze lawiny i w siatkę podstępnych i coraz większych szczelin, a odsłonięte spod lodu, spękane pod wiekowym uciskiem skały lecą w dół. Tam, gdzie uwalniana spod ciężaru lodu skorupa ziemska zaczyna drżeć, wysyłając zabójcze sygnały ku groźniejszym uskokom, biegnącym niżej, pod dolinami, a więc głęboko pod sadybami ludzi.


Jest we mnie jakaś dziwna, nieodparta i przekorna pokusa, żeby internetowo zderzyć swoje stare, wyblakłe i zakurzone tatrzańskie przeźrocza, z supernowoczesnymi zdjęciami z nasłonecznionych megaścian Karakorum i Himalajów, z tymi nowymi zdjęciami robionymi przez wielkich skalnych wojowników, czy to z ręki, czy z dronów lub innych gadżetów. To jest taka forma przekory fotoamatora starej daty, wielbiciela polskich gór, podziwiającego – owszem - dokonania wysokogórskich wyczynowców i widoki, które nie każdemu są dostępne, w kontrapunkcie do powoli zadeptywanej finezji Tatr. Ilekroć oglądam w internecie kolejne, coraz bardziej niewiarygodne zdjęcia z gór, których nigdy nie widziałem i nie zobaczę, a przyznaję, że niektóre dzieła fotografii są genialne, tym bardziej ciągnie z powrotem na Liliowe, na Kozi Wierch, czy nad Staw Smreczyński, do skałek Jury, a nawet na Pilsko, Babią, czy na Stożek w Beskidach, choćby po to, żeby przekonać się, że okruchy serca które tam zostawiłem
 przed dekadami, nadal tam są. Żeby teraźniejsza łatwość obcowania z obrazami z innych stron świata nie wyrwała nas z korzeniami z tych miejsc, którym aż tak wiele zawdzięczamy - całe nasze pokolenie, ale również i dzisiejsze młode pokolenie.

Z Przełęczy Liliowe jawi się taka geo-subminatura, zwierciadlane mikroodbicie tamtego dalekiego zderzenia potężnego łańcucha Himalajów i Kakakorum. Nawet życie roślinne w Tatrach układa się trochę podobnie. Skalista pustynia Tatr Wysokich w odrożnieniu od śmielej sobie poczynającej roślinności w łańcuchu zachodnim, gdzie jest więcej życia i gdzie sięga ono wyżej, chociaż wydawałoby się, że wcale nie jest mu tam o wiele łatwiej. Nie chodzi mi zupełnie o wnikliwe analizy geologiczne, czy botaniczne, bo to nie moja bajka. To tylko zwykłe spostrzeżenie starego turysty.


Nam to na razie nie grozi. Ostatnie reliktowe lodowczyki Tatr, jak choćby ten w Bańdziochu, czy pod Bulą, też kiedyś znikną na zawsze, ale nic się z tym nie będzie wiązać. Poza nieznaczną zmianą krajobrazu.
No i te zupełnie różne góry mają jeszcze jedno wspólne – coraz bardziej niepokorną i nieprzewidywalną pogodę. Każdy z tych łańcuchów górskich - w swojej skali. W Tatrach od nagłej niepogody można zmoknąć i się przeziębić, jak ktoś chce – to mocno. Można też oberwać piorunem, pobłądzić, potknąć się albo spaść z lawiną, ale to już trzeba bardzo chcieć i za nic nie słuchać nikogo mądrzejszego. Za to tam, dużo wyżej, gdzie wszystko, co w ruchu, jest nieskończenie bardziej dynamiczne, te same zawirowania pogody mogą zrobić o wiele więcej. Aż do ostateczności. Czy to jest podobieństwo? Owszem, w swojej skali. Proporcjonalne. W takiej samej skali, jaka określa skalę wędrówek po tych dwóch, pod każdym względem odległych światach. Przechodząc Liliowe z zachodu na wschód albo ze wschodu na zachód, zmieniamy scenerię, zmieniamy klimat i doznania. Wchodzimy do innej przestrzeni, udekorowanej innymi skałami i wypełnionej różnymi zapachami powietrza. A jesienią – malowanej barwami o podobnych odcieniach, ale o różnej intensywności. Idziemu ku skałom, lub ku krzewom, prawie że nie zmieniając wysokości. Niepostrzeżenie schodzimy z traw na kamienie, albo odwrotnie. Zmieniamy didaskalia i kontakt z górą. Zawsze tak było. Zawsze był wybór: czy najpierw Stara Robota, czy Kozi? Kominiarski, czy Granaty? Wąwóz Kraków, czy Pusta Dolinka? Ornak, czy Murowaniec? Który świat zwiedzamy w tym sezonie najpierw? Dobrze, ze Tatry dawały i nadal dają taki wybór.