Rodzicom
Dom był stary, a
widziany oczami siedmiolatka wydawał się ogromny. Wielkie, ciężkie,
dwuskrzydłowe ozdobne odrzwia wpuszczały do długiego,
wysokosklepionego korytarza, biegnącego na przestrzał ku
przeciwległym drzwiom, wiodącym na drewniany ganek i potem do
schodków na podwórko ze studnią, poniżej.
Podłoga
korytarza była wyłożona płytkami we wzór przypominający
kościelne posadzki, a w środku długiej ściany po lewej stronie
znajdowały się wysokie, ciężkie drzwi zawieszone nad również
wysokim progiem. Wszystko od pierwszego spojrzenia przesycone było
fascynującą tajemnicą i zagadką, zapach i klimat tego miejsca na
zawsze już będą mi towarzyszyć. Przez owe wielkie drzwi po lewej,
wchodziło się na dwubiegowe, skręcające drewniane schody, które
skrzypiąc wiodły na tajemnicze piętro, a właściwie - wielki
strych, z jednym, wyodrębnionym, mansardowym pokojem. To był nasz
pokój. Zapach strychu to zapach starego nagrzanego słońcem drewna
i upojna woń siana, zapachy nagromadzone pod skomplikowaną, masywną
więźbą, podtrzymującą pradawne dachówki z ceramiki i ozdobioną
suszącymi się zawsze ziołami i grzybami. Pokój na piętrze też
był długi i wąski, na drugim jego końcu, przeciwległym do
wejściowych drzwi było okno, a pod ścianami po bokach stały
pojedyncze, wielkie łóżka, ze spiętrzoną, puchową pościelą,
obleczoną w nieskazitelnie białe, wykrochmalone i misternie
szydełkowane poszwy. Podłoga z surowych desek nakryta prostym,
skromnym, typowym chodnikiem utkanym z jakiegoś grubego włókna,
nie pamiętam co to było, ale pamiętam tradycyjny góralski wzór,
jakim ten chodnik był przyozdobiony. Do tego stół, ciężkie
zabytkowe krzesła i trójnóg z miednicą, pod którą stało wiadro
i dzban na wodę. To była umywalnia. Spartańskie warunki i
czystość, ale właśnie o to chodziło na wakacjach. Dom raczej
przypominał mały i skromny dawny dworek, niż wiejski dom w ubogiej
beskidzkiej wiosce.
Okazały,
murowany, idealnie symetryczny, dostojnie elegancki i bardzo
zagadkowy. Obmurza okien były ozdobione sztukaterią, misterną i
jakby z innego świata, dalekiego, nie stamtąd. Zaraz za domem, za
podwórkiem bez płotu, zaczynała się olszyna z niewielkim płytkim
stawkiem, a za olszyną płynęła Brennica, rwąca, zimna i
krystalicznie czysta. W Brennicy roiło się od ryb, zwłaszcza
pstrągów, a za rzeką zaczynały się góry.
Najbliżej
nas piętrzyły się trzy szczyty, dla nas - dzieci - wielkie i
niedostępne, odległe, owiane tajemnicą. Małe góry - Zebrzydka,
Wielki Cisowy,
układające się w grzbiet wybiegający z nieodległej
Błatniej w kierunku Skoczowa. Przecież to tylko pagórki!... Tak,
ale nie wtedy i nie dla nas. Wcześniej widywałem większe góry - Skrzyczne, Baranią, a nawet Pilsko, z bardzo daleka, bo z okolic
Jeleśni. Nie wiem dlaczego akurat ten nader skromny zakątek,
podsumowany Zebrzydką, tak mocno zadziałał na dziecięcą
wyobraźnię. Może to dlatego, że dom w którym kilkakrotnie
spędzałem całe dwumiesięczne wakacje i zawarłem pierwsze
przyjaźnie z miejscowymi dziećmi, był taki tajemniczy i dostojny?
Może to dlatego, że Brennica, w której lodowatej wodzie kąpaliśmy
się co chwilę, w zagłębieniu wypłukanym przez rzekę pod progiem
regulacyjnym, tworzącym dwumetrowy wodospad, gdzie można było
troszkę popływać i gdzie dosłownie ocieraliśmy się co chwila o
zabłąkane, zdezorientowane pstrągi, starające się przeskoczyć
ów wodospad? Tamte, maleńkie w istocie, beskidzkie górki
przepełnione bytami z opowieści moich rówieśniczych przyjaciół,
były czymś więcej, niż tylko wyniosłymi kawałkami Beskidów,
były mieszkaniem tajemnicy, strzyg, utopców, zmor i innych
bajkowych stworów, w których istnienie wtedy jednak trochę się
wierzyło. W nocy były straszniejsze, ale też bardziej nęcące,
niż w dzień. Ileż to wieczorów do późna błąkaliśmy się przy
światełkach latarek po naszej olszynie i wzdłuż Brennicy,
próbując wypatrzeć choćby poblask, jaki z pewnością te stworki
musiały dawać... Ileż grzmotów, błyskawic, ulewnych deszczów i silnych beskidzkich wiatrów przeczekaliśmy na pachnącym rozgrzanym drewnem i ziołami strychu, snując opowieści o beskidzkich zjawach i czytając na przemian, a to Morcinka o strzygach, a to Karola Maya - książki o naszym idolu Winnettou i szlachetnym Old Shatterhand'zie. Tak, bez wątpienia Beskidy zapanowały nad moim dzieciństwem, a ten tajemniczy i niezwykle dobry, przesycony ciepłem i gościnnością stary dom pod Zebrzydką, to jest chyba najbardziej wyraziste wspomnienie z tamtych lat.
Tylko ogromna burza, jaką przeżyłem w krzesełku na wyciągu
na Skrzyczne, kilka lat wcześniej, jako czterolatek wtulony w
ramiona mamy, na krzesełku wiszącym kilka metrów nad ziemią,
unieruchomionym - z konieczności - przez obsługę kolejki na czas
wyładowań, wryła się w pamięć tak samo mocno, jak tamten dom,
olszyna, Brennica i Zebrzydka. Tamta podskrzyczeńska nawałnica to
był żywioł, rozgrywający się tuż obok bezradnego dzieciaka
wtulonego w kurtkę nieco
przestraszonej mamy. Pamiętam, że się
nie bałem. Powiedziałem nawet mamie, że się nie boję, bo jestem
z nią. Tak, to pamiętam, nawet kolor mojej kurteczki z kapturkiem
na zamek błyskawiczny zapamiętałem. Burzę też. Odległy, ponury
masyw Klimczoka i potężne błyski pomiędzy nami a nim. I huk
grzmotów przetaczających się w te i wewte przez nagle pociemniałą
dolinę Żylicy. Od tamtej pory, już jako dorosły człowiek,
przeżyłem w górach wiele burz, niekiedy naprawdę bliskich i
niebezpiecznych, jak choćby ta na grani podszczytowej Gerlacha, w
zespole związanym mokrą liną, obwieszony szpejem, na nagiej skale,
pośród grani bombardowanych błyskawicami, ulewą, gradem i
owiewanych lodowato zimną mgłą, wirującą szaleńczo na dzikim
wietrze. To nasz przewodnik obawiał się o nas, dla mnie nie było
to wiele więcej ponad to, co już kiedyś przeżyłem w wieku
czterech lat... W taki sposób to działa. Bądź co bądź
niebezpieczna gerlachowa sytuacja, zaskoczenie przez tak gwałtowną
niepogodę rozszarpywaną piorunami, w tak eksponowanym miejscu jest
groźne, ale nie trzeba od razu bać się ponad miarę.
Szczyrk był małą, cichą, gościnną wioską, a z polany za
leśniczówką widać było ogromny masyw Skrzycznego. Na dwa
wakacyjne miesiące uciekaliśmy tam z zakopconych Katowic, które
wtedy na chwilę - dla Ślązaków długą jak wieczność - były
Stalinogrodem, miastem na kilka lat odartym z tożsamości i
historii.
| Szczyrk - leśna, samotna willa - tutaj nauczyłem się chodzić |
To było na tyle dawno, że teraz trudno rozróżnić wspomnienia od wyobrażeń i snów. Jedynie zdjęcia z tamtych lat, robione przez tatę, pozwalają ocalić i jakoś z grubsza uzupełnić oderwane fragmenciki wspomnień. Jednak coś z tamtych kolejnych miesięcy spędzanych w Szczyrku w najwcześniejszym dzieciństwie, pozostało w głowie samoistnie. Mgliste wspomnienie kokluszu, który przeszedłem podczas wyjazdu tam właśnie, w pokoju na poddaszu u górali zaprzyjaźnionych z moimi rodzicami, zapach ziół, którymi leczyła mnie babcia naszej gospodyni, „„do tego tam jakisi jancybiotyka, Pani Pykowo”, a nawet układ sprzętów i kształt okna w tym pokoju.
Eteryczne górskie powietrze i zioła pomogły mi szybko wyjść z tej nieprzyjemnej sytuacji i to wtedy góry po raz pierwszy okazały
mi swoją dobroć. Najdalsze wspomnienia, mocno zatarte, ale
wspierane opowieściami mamy i zdjęciami taty, to jest właśnie
Szczyrk, wpisany między Skrzyczne i Klimczok, kochany, cichy i
jedyny, to kamyki wrzucane do Żylicy przez kilkuletnie dziecko w
sandałkach, szum
wodospadu, burza, koklusz, zioła babci-góralki i okno z widokiem na
wielkie góry i na pachnący las.
| Centrum Szczyrku, 1958 |
A tamte,
późniejsze gromienia - na Gerlachu, Suchych Czubach, Jaworzynie
Krynickiej, grani Cresta Strenta tuż pod Piz Boé, czy nad
Dubraszką, no to już było o całe eony później. W innej
rzeczywistości. W zupełnie innej.

